IPN BU 1554, t. 48, k. 19-24
Dnia 9.04.1946 r.
Sprawa nr 63/46
Towarnićkyj Anton – „Stawur”
Kuszczowy terenowy – aresztowany
przez WP i zwolniony
z więzienia.
Protokół nr 1.
Personalia:
Towarnićkyj Anton – „Stawur”, ur. 4.12.1914 r. w Leszczawie Górnej, powiat Przemyśl, syn Antona i Karoliny Jakymeć, grekokatolik, Ukrainiec, 4 klasy szkoły powszechnej, żonaty, bezdzietny, członek OUN od 1934 roku, zamieszkały w Leszczawie Górnej.
Sprawa:
Dnia 2.03.1946 r. zatrzymało WP i milicjanci z Birczy we wsi Krajna, powiat Przemyśl, Towarnickiego Antona – kuszczowego terenowego i Łazora Hryhorija, kuszczowego informatora. Odstawiono ich do aresztu w Birczy. Czwartego dnia od momentu aresztowania Towarnićkyj przyjeżdża razem z WP i MO do wsi Limna, gdzie pokazał dom kuszczowego gospodarczego „Muchy”. Samego „Muchy” wtedy WP nie znalazło, jednak w jego domu znaleziono kryjówkę, w której ukrył się przed Polakami ojciec Hamiwka, którego natychmiast aresztowano. Wydał także drugą kryjówkę z bronią, gdzie był 1 MG, 1 PPSZ, 2 karabiny i 200 kg owsa.
Po jednomiesięcznej odsiadce w areszcie w Birczy i Przemyślu zwolniono go.
Zeznanie:
Urodziłem się w Leszczawie Górnej, powiat Przemyśl. Moi rodzice to Ukraińcy – rolnicy na 7-morgowym gospodarstwie. Po ukończeniu 4 klas szkoły powszechnej zacząłem pomagać rodzicom na gospodarstwie aż do 1944 roku. W 1934 r. zostałem członkiem OUN i zajmowałem stanowisko stanicznego. Od 1935 r. do 1945 r. pełniłem funkcję podrejonowego pod pseudonimem „Hrab”. W 1945 r. po reorganizacji terenu naznaczono mnie terenowym kuszczowym i dostałem pseudonim „Stawur”. Na tym stanowisku przebywałem aż do dnia mojego aresztowania w dniu 2.03.1946 r.
W dniu 2.03.1946 r. aresztowało mnie WP i MO z Birczy (razem 15 osób) we wsi Krajna, powiat Przemyśl. W tej wsi znalazłem się w następujący sposób. W nocy z 1 na 2.03.1946 r. przyszła druhna „Bohdanna” pod ochroną roju strzelców, z którym ona transportowała leki do wsi Limna, powiat Przemyśl. Wstawszy rano ona chciała, żeby ktoś pokazał jej drogę na „Polanę” (progalina w lesie pomiędzy wioskami Tysowa i Trójca). Z tą propozycją druhna „Bohdanna” zwróciła się do mnie. Ja w tym czasie razem z „Chruszczem” przebywałem w swoim domu i mieliśmy zamiar wyjść do lasu. Ponieważ nie miałem pod ręką żadnego kuriera, postanowiłem z „Chruszczem” pokazać jej drogę. Ze wsi Limna poszliśmy do wsi Krajna, nie spotkawszy nikogo po drodze. Akurat w tym czasie przyprószył ziemię świeży śnieg.
We wsi Krajna wstąpiliśmy do chaty Ukraińca Kowalczyka Pawła pseudonim „Ter”, rezydenta tej wsi, żeby spytać, czy w terenie nie ma WP oraz żeby „Bohdannie” dał człowieka do dalszej drogi. On powiedział, że w terenie jest spokojnie i natychmiast dał człowieka, który odprowadził wspomnianych do „Polany”. W tym czasie do wspomnianego Kowalczyka przyszło 2-ch mężczyzn z Grąziowej, którzy ukrywali się przed wysiedleniem. Ich nazwisk nie znam. Wiem tylko, że jeden z nich to szewc, a drugi to krawiec. Po odejściu wspomnianych strzelców z Krajnej ja, „Chruszcz”, szewc i krawiec zaczęliśmy grać w „tysiąca”. Po jakichś 15-u minutach mama Kowalczyka zauważyła, że żołnierze polscy byli pod samą chatą, którą już okrążyli.
Polacy tego dnia po wyjściu z Birczy poszli dwoma grupami do wsi Limna. Jedna grupa po przejściu lasu na Reberce (przysiółek wsi Leszczawa Górna) poszła w górny koniec wsi Limna; druga grupa poprzez „księży kąt” poszła w dolny koniec wsi Limna.
Przechodząc nad potokiem zobaczyli na śniegu świeży ślad, idąc którym zaszli aż pod chatę, w której graliśmy w karty. Słysząc, że Polacy są pod chatą, i nie ma już gdzie uciekać, postanowiliśmy ukryć się w słomie na strychu, gdzie była zrobiona prymitywna kryjówka. Do tej kryjówki pierwszy schował się brat Kowalczyka, potem „Chruszcz”, krawiec i ja. Szewc nie mógł już schować się do tej kryjówki, i dlatego schował się za drzwi w stajni. Siedząc w kryjówce na strychu usłyszałem w chacie krzyk. Polacy pytali mamę Kowalczyka, kto tutaj przechodził i gdzie jest „banda”. Kowalczyk odpowiedział: „Tutaj nie ma nikogo oprócz cywilów.” Zaczął wywoływać swojego brata, który także ukrył się razem z nami: „Włodku wyłaź!”
Po tych słowach Polacy zaczęli szukać na strychu w słomie, gdzie nas wszystkich znaleźli. Pierwszy wylazł Kowalczyk Włodko, potem krawiec i „Chruszcz”. Ja pozostałem w słomie myśląc, że mnie nie znajdą, ale potem i mnie z tej kryjówki wyciągnęli. Wtedy sierżant WP i komendant MO z Birczy Michalski zaczęli mnie bić. Michalski kopnął mnie dwa razy w bok, a żołnierze bili kolbami karabinów. Tego sierżanta nazywano: panie Walter. Czy takie było jego prawdziwe nazwisko – nie wiem. W chacie nas wszystkich 5-ciu postawili do kąta i pytali: „Banderowcy, gdzie jest wasza broń”. Nas nie bili. Potem poprowadzili nas do wsi Limna. Po drodze z nas drwili.
We wsi Limna zaszli do Ukraińca Worobełyka, gdzie spotkali się z drugą grupą, która nadeszła z przeciwnej strony. Druga grupa przyprowadziła ze sobą 4-ch aresztowanych Ukraińców i 2 konie, które zrabowali gospodarzom we wsi Limna. Ta grupa zatrzymała się we wsi około 30 minut, ponieważ niektórzy żołnierze poszli po wsi rabować. Po tym postoju udaliśmy się przez wieś Krajna w kierunku Birczy. Przy końcu wsi Krajna cała grupa zatrzymała się. Jeden z żołnierzy podszedł do nas i wypytywał, do jakiej „bandy” należałem, jaki miałem pseudonim, gdzie kwateruje „banda” oraz kogo znam z tych, którzy do niej należą. Nikogo nie bili. Po tym krótkim przesłuchaniu ruszyli dalej w drogę a potem zatrzymali się koło cerkwi. Tam przystąpił do nas jeden kapral i 2-ch żołnierzy oraz powiedzieli, że mnie rozpoznali, ponieważ brałem udział w akcji na Birczę w dniu 7.01.1946 r. Mówili, że zraniłem wtedy jednego żołnierza WP. Dałem na to zaprzeczająca odpowiedź, przez to zaczęli mnie bić w twarz. Potem zaprowadzili mnie do chaty jednego gospodarza – Ukraińca, tam ściągnęli ze mnie buty, zamiast których dali podarte płócienne, które zabrali od tego gospodarza. Po ściągnięciu butów ruszyliśmy dalej w kierunku Birczy. Po drodze nie bili mnie, o nic nie pytali, tylko drwili ze mnie, pytając, gdzie jest moja broń i jaki ze mnie banderowiec.
Do Birczy przyszliśmy około godziny 15-ej. Zapędzili nas do sztabu, który mieści się w budynku byłej gminy. Tam postawili nas pod murem i zaczęli każdego bić. Najbardziej bił zastępca dowódcy w randze porucznika. Ten porucznik zabrał mi portfel, w którym było 162 złote, chusteczkę do nosa, zapalniczkę i grzebyk. Potem uderzył mnie dwa razy w twarz i po drodze do piwnicy kilka razy kopnął mnie w bok. Do piwnicy zapędzili nas wszystkich, jedenaście osób. Po 5-ciu minutach wszystkich nas wypędzili na dwór, dobrze pobili i zapędzili znowu do piwnicy. Tego samego wieczoru przyszedł do nas do piwnicy nieznany osobnik i zaczął mówić po rosyjsku, że Bandera, Melnyk, Petryczenko, Stećko i jeszcze wielu innych siedzą teraz pod ciepłym niebem Italii, żyją sobie jak burżuje a my, biedni, durni chłopi walczymy i giniemy po kryminałach nie wiedząc za co. Na ten temat mówił około 40 minut będąc trochę w nietrzeźwym stanie.
W dniu 3.03.1946 r. o godzinie 7-ej rano przynieśli nam na śniadanie zupę. Po śniadaniu zaprowadzili nas do pracy do kuchni wojskowej, która mieści się przy placu targowym w Birczy. Stamtąd brali nas pojedynczo na przesłuchania do kancelarii sztabu, która mieści się na pierwszym piętrze w budynku byłej gminy. Około godziny 11-ej wezwano mnie na śledztwo. W kancelarii zastałem „dowódcę”, jego zastępcę i politruka, Żyda, którego nazywali panem Hefrem. W tym pokoju było jeszcze więcej osób, których nie znałem. Pierwsze słowa przesłuchania były, w której bandzie byłem. Powiedziałem, że do żadnej bandy nie należałem, jestem żonaty, mam gospodarstwo, w którym pracuje, i więcej nic mnie nie obchodziło. Dalej pytali mnie, w jakim celu zaszliśmy do chaty Kowalczyka we wsi Krajna. Odpowiedziałem, że chodziłem aby go zapytać, w jaki sposób wyrabia się polskie dokumenty, bo chciałem sobie takie wyrobić. „Dowódca” jednak w to nie uwierzył i zaczął krzyczeć. Wtedy ściągnęli ze mnie kurtkę, marynarkę, spodnie aż poniżej kolan, kazali położyć się na podłodze twarzą do ziemi, rozłożyć ręce i nogi. 4 żołnierzy stanęli mi wtedy na ręce i na nogi, inni zaczęli bić wyciorami i gumową pałką. Bili tak długo, dopóki nie straciłem przytomności, a potem wylali na mnie wodę. Kiedy oprzytomniałem, pytali o „Burłakę” i „Łastiwkę”.
Odpowiedziałem, że takich nie znam. Następnie pytali, czy przechodziły bandy i ilu ich było. Odpowiedziałem, że gdyby nawet przechodziły, to nie można było dowiedzieć się, ilu ich, bo wtedy nie wolno było wychodzić na dwór. Potem położyli mnie znowu na podłodze i bili do nieprzytomności. Po wylaniu na mnie znowu wody pytali dalej o „Burłakę”. „Łastiwkę” i „Starego”. Nazwiska „Starego” nie znają; znają tylko pseudonim. Podali jego opis: wysoki mężczyzna, z wąsami, chodzi z bronią automatyczną, jest prowidnykiem Birczańszczyzny. Powiedziałem, że żadnego „Starego” nie znam. Wtedy zaczęli mówić do mnie łagodnym głosem obiecując puścić do domu, jeśli powiem wszystko o co będą mnie pytać. Kiedy nie zgodziłem się na to, mówiąc że nic nie wiem, położyli mnie znowu na podłogę i bili po raz trzeci, dopóki nie straciłem przytomności. Potem znowu pytali, jaki jest mój pseudonim, gdzie jest broń i banda, do której należałem. Odpowiedziałem, że do żadnej bandy nie należałem, i o niczym nie wiem. Po tych słowach znowu zaczęli mnie bić, tak, że znowu straciłem przytomność. Podczas takiego przesłuchania straciłem przytomność 5 razy.
Po tych pobiciach pytał mnie „dowódca”, gdzie byłem w dniu 3.01.1946 r., gdy w Limnej toczyła się walka. Odpowiedziałem, że byłem wtedy chory, leżałem w łóżku. O liczebności bandy i czyja ona była, powiedziałem, że nie wiem. Po tych słowach żołnierze bili mnie pięściami po twarzy, a potem „dowódca” kazał odprowadzić mnie do piwnicy, mówiąc, że na drugim przesłuchaniu zmusi mnie do powiedzenia całej prawdy. Powyższe przesłuchanie trwało ponad półtora godziny. Po tym przesłuchaniu zabrali mnie do pracy w kuchni, ale ja już nie mogłem pracować. Wieczorem około godziny 20-ej przyszedł do piwnicy wspomniany politruk – Żyd, oraz jeszcze jakichś trzech osobników, których nie rozpoznałem. Politruk przyprowadził ze sobą psa – wilczura i zaczął nas bić; pies ze swojej strony rzucił się na nas. Mnie ugryzł w rękę i pogryzł także innych. Bijąc nas mówił: „To za moją mamę i ojca”. To trwało około pól godziny. Odchodząc powiedział, że będzie przychodził z psem co pół godziny, ale więcej już nie przychodził. Po półgodzinnej przerwie przyszedł porucznik i spytał, komu z nas jest zimno. Gdy któryś powiedział, że zmarzł, zaraz „grzał” go wyciorem.
W dniu 4.03.1946 r. poprowadzili mnie do pracy w kuchni, gdzie pracowaliśmy przez cały dzień. Podczas pracy przychodzili cywilni Polacy i bili nas nie gorzej, niż żołnierze w piwnicy. Tego dnia wieczorem wywołał mnie na korytarz sierżant WP. Był z 15-letnim synem Olgi Wasylkewycz, Polki z Leszczawy Górnej, którą nasi powiesili. Ten chłopiec powiedział, że to ja powiesiłem jego mamę i kopnął mnie kilka razy; sierżant uderzył mnie dwa razy w twarz. Na to nadszedł oficer dyżurny i zabronił mnie bić, zapędzając mnie do piwnicy.
W dniu 5.03.1946 r. wyprowadzili mnie i „Chruszcza”, wyprowadzili przed budynek sztabu rąbać drwa. Nagle wezwali mnie do kancelarii „dowódcy”, gdzie zastałem oprócz niego jeszcze politruka, jego zastępcę i nauczycielkę z Leszczawy Dolnej, Polkę Janeczko, a także milicjanta rodem z Leszczawy Dolnej Karola „od Wilka” (prawdziwego nazwiska nie zna – uwaga śledczego). Kiedy przyszedłem, dowódca spytał milicjanta, czy mnie rozpoznał; ten potwierdził, że tak. Wtedy nauczycielka rozpoznała mnie, czy ja ją poznaję. Kiedy zaprzeczyłem, ona powiedziała, że mnie dobrze zna. Milicjant zaczął mnie pytać, gdzie są moi bracia. Odpowiedziałem, że brat Iwan przepadł gdzieś na froncie, a Stepan zmarł w areszcie w Przemyślu; Mychajło nadal jest w domu.
Nauczycielka powiedziała, że to nie jest prawda, jakoby on był w domu, bo moja chata spłonęła. Przy tym opowiedziała, że moją chatę spalili a rodzinę wystrzelali. (W dniu 2.12.1944 r. milicjanci z Birczy i Wojtkowej rzeczywiście zamordowali jego mamę, żonę w ciąży i poranili lekko brata („Żuk”) – uwaga śledczego). Potem wspomniana nauczycielka pytała, gdzie jest mój szwagier („Bystryj”). Powiedziałem, że nie wiem. Ona zaczęła opowiadać, że kiedy „banda” paliła mosty we wsi Leszczawa Górna, to przy tym byłem ja, mój szwagier, („Bystryj”) (Nazwała go kapitanem) oraz jeszcze jeden, „Ihor”. Ja jej we wszystkim zaprzeczyłem. Następnie mówiła, że ja wydałem banderowcom Polaka Pszeciurę, leśniczego z Leszczawy Górnej. Mówiła, że w tym czasie stała u mnie na podwórzu furmanka, na którą jego zabrano. Ja zaprzeczyłem. Zarzucała mi, że ja brałem udział w uprowadzeniu Susiaka Stanisława, Polaka z Leszczawy Górnej, jeszcze jesienią 1939 r. Ja powiedziałem, że to zrobił Dmytryk Petro, Ukrainiec z Leszczawy Dolnej, który był wtedy komendantem ukraińskiej milicji; on nie żyje, bo został zabity przez Polaków. Na pytanie, dlaczego powiesiłem Olgę Wasylkewycz (kochankę Zarańskiego, komendanta MO w Wojtkowej – uwaga śledczego), powiedziałem, że w tym czasie byłem w domu. Kiedy jeszcze raz zaczęła pytać o mojego szwagra „Bystrego”, „dowódca” zainteresował się, kto to taki. Wtedy ona opowiedziała, że on jest przy banderowcach zastępcą prokuratora. Mówiła dalej, że w Kuźminie za Niemców Stebelski był nauczycielem, potem był wójtem gminy, a teraz jest prokuratorem w bandzie. Teraz jest ranny w rękę i leczy się w przysiółku w Kuźminie; mój szwagier teraz go zastępuje. Kiedy zaprzeczyłem jej zeznaniom, „dowódca” pożegnał się z nauczycielką i milicjantem, i oni odeszli.
„Dowódca” wezwał wtedy „Szpaka”, byłego strzelca sotni „Jara”, który zdezerterował do Birczy. Kiedy „Szpak” przyszedł, „dowódca” spytał go, czy mnie zna. Ten odpowiedział, że widział mnie we wsi Limna podczas kwaterowania oddziału „Jara”; drugi raz widział mnie podczas kwaterowania pododdziału „Sirka”, który dał mi broń do przechowania, a za jakiś czas ją zabierał. Stwierdził, że ja dysponuje bronią, a „Mucha” jest referentem żywnościowym. „Dowódca” spytał „Szpaka”, czy zna „Muchę”. Ten odpowiedział, że „Mucha” pochodzi ze wsi Limna. Także mnie zapytał, czy znam „Muchę”; odpowiedziałem że znam. Następnie pytał mnie, czy współpracuję z „Muchą” oraz czy zbierałem żywność dla „bandy”. Wtedy odpowiedziałem, że kiedy „banda” przyjdzie do wsi, to za żywnością wysyła nie kogoś jednego, ale kogo tylko spotka. Później „dowódca” zwrócił się do mnie i powiedział, że pojadę razem z wojskiem i pokażę bunkry ze zbożem i bronią. Po tym przesłuchaniu znowu odprowadzono mnie do pracy, a potem do piwnicy.
Następnego dnia rano o godzinie 3-ej zabrali mnie do kancelarii sztabu, gdzie zastałem „dowódcę”, jego zastępcę, politruka i 2-ch poruczników WP. W kancelarii powiedziano mi, że dzisiaj jadę do wsi Limna razem z nimi, żeby pokazać bunkry ze zbożem, bronią i chatę „Muchy”.
Odmawiałem, że nie pójdę, ponieważ trzewiki, które mi dano zabrawszy moje buty całkiem się podarły. To jednak nic nie pomogło. Poprowadzono mnie w kierunku wsi Limna. Po drodze nic mi nie robiono, i doszliśmy pod wieś Limna. Było widać, że wiedzieli o chacie „Muchy”, bo zatrzymali się koło niej, a mnie tylko spytali, czy to ta. Przytaknąłem. Potem dwaj żołnierze odprowadzili mnie na bok w kierunku potoku, żeby nie było mnie widać z chaty, a reszta żołnierzy biegiem otoczyła chatę. Po 5-u minutach poprowadzili mnie za stodołę „Muchy”gdzie już stał porucznik. Do niego przyszedł sierżant i powiedział; „Nie ma, panie poruczniku”. Porucznik powiedział: „Idź tam, musi być w końcu”. Ten ponownie wszedł do chaty i po 5-u minutach wyszedł i powiedział do mnie: „Ty mówisz, że banda nie przychodzi, a wczoraj kwaterowała tutaj banda w sile 300 ludzi przez noc i dzień.” (Wtedy faktycznie kwaterowała we wsi sotnia B. i Ł.)
Potem pytał mnie sierżant, kto to taki ten z przewiązaną głową. Powiedziałem, że to Polak ze wsi Grąziowa, który mieszka we wsi Limna; nazywa się Józko. Podczas naskoku Polaków na chatę „Muchy” w chacie była mama i żona „Muchy”; jego samego nie było w domu. Oprócz nich byli tam jeszcze „Chruszcza” mama, żona, brat i siostra. Do tej chaty weszli wszyscy, którzy byli na podwórzu, oprócz dwóch kaprali, którzy pozostali ze mną na podwórzu. Po jakichś 20-u minutach wszyscy wyszli z chaty. Jeden z kaprali, którzy nas pilnowali, spytał porucznika, czy znaleźli „Muchę”. Ten odpowiedział, że go nie znaleźli, natomiast znaleźli w kryjówce „popa” i harmonię. Pomiędzy wychodzącymi z chaty żołnierzami zobaczyłem ojca Hamiwkę, kapłana ze wsi Limna. Teraz porucznik kazał zaprowadzić się do kryjówki, która znajdowała się w krzakach nad potokiem. Zaprowadziłem ich tam. Razem z nami poprowadzili tutaj także ojca Hamiwkę. Kiedy przyszliśmy na miejsce, pokazałem wejście do kryjówki, do której wlazł sam porucznik.
Wyniósł stamtąd 1 MG, 1 PPSZ (własność „Stawura” – uwaga śledczego), 3 karabiny (mauzer i dwa rosyjskie długie). Oprócz tego porucznik powiedział, że w kryjówce jest fasola, którą żołnierze chcieli zabrać, ale pod ręką nie było furmanki. Porucznik obiecał zabrać ją drugim razem. Wejście do kryjówki oni zamaskowali sami. MG, który znaleziono w kryjówce, niósł do samej Birczy ojciec Hamiwka. Ja wtedy niosłem dwa karabiny. Po zamaskowaniu kryjówki i wystrzeleniu rakiety dołączyła do nas druga grupa i wszyscy ruszyliśmy w kierunku Birczy.
Po drodze pytali mnie, czy ojciec Hamiwka mieszkał we wsi Limna oraz czy należał do bandy. Powiedziałem, że stale mieszkał we wsi i do bandy nie należał. Pytali mnie również o syna ojca Hamiwki. Powiedziałem, że nie wiem, gdzie on teraz się znajduje, bo nie widziałem go od wiosny 1945 r. Podczas dalszej drogi o nic mnie nie pytali. W Birczy aresztowanie ojca Hamiwki wywołało całą sensację. Ludzie biegli za nim całymi tłumami. Po przyjściu do Birczy natychmiast wsadzono mnie do piwnicy. Dokąd zaprowadzono ojca Hamiwkę – nie wiem. Po godzinie czasu „Chruszcz” powiedział mi, że widział przez odłupane drzwi, jak ojca Hamiwkę wsadzono do wojskowego auta ciężarowego i powieziono w kierunku Przemyśla. Na pytanie „Chruszcza”, gdzie byłem tak długo, odpowiedziałem, że byłem we wsi Limna oraz opowiedziałem, w jaki sposób aresztowano ojca Hamiwke.
Po obiedzie zaprowadzili mnie do sztabu do rąbania drew. Przed samym wieczorem poskarżyłem się przechodzącemu „dowódcy”, że spuchły mi nogi. On kazał nie dawać mnie więcej do piwnicy, tylko do sztabu na pierwsze piętro, gdzie kwaterowało 11 Polaków. Tam przebywałem do następnego dnia do godziny 13-ej a potem zabrali mnie znowu do piwnicy. Ci żołnierze mnie nie bili, tylko drwili nazywając mnie banderowcem i magazynierem. Do dnia 13.03.1946 r. na śledztwo mnie nie wzywali ani nie bili. Przez ten czas rąbałem drwa dla kuchni, nosiłem wodę, robiłem porządki i jeździłem z wojskiem do tartaku po drewno.
Dnia 15.03.1946 r. z Przemyśla do Birczy przyjechał śledczy. Natychmiast mnie zaprowadzono do kancelarii śledczej, która sąsiadowała z kancelarią „dowódcy”. W tej kancelarii zastałem śledczego, a po krótkim czasie przyszło jeszcze dwóch poruczników. Śledczy zapytał mnie, czy będę mówił prawdę. Odpowiedziałem, że będę mówił całą prawdę i wszystko, co tylko wiem. Pytał mnie, czy byłem w lesie i czy należałem do bandy, gdzie mnie schwytano, czy broń, którą znaleziono, była moją własnością. Odpowiedziałem, że w lesie nie byłem, do „bandy” nie należałem, broń, którą znaleziono w kryjówce, była własnością „Jara”, którą pod przymusem dał mi do przechowania; nic więcej o bunkrach nie wiem. Mówiłem dalej, że żywność zbierałem tylko pod przymusem wtedy, gdy „banda” kwaterowała we wsi. Spisanych zeznań mi nie przeczytał, tylko kazał mi je podpisać. Podpisałem je. To przesłuchanie trwało około 45 minut i nikt mnie wtedy nie bił. Po przesłuchaniu zaprowadzili mnie znowu do pracy w kuchni, gdzie pracowałem często aż do 27.03.1946 r. Tego dnia przyjechał z Przemyśla rosyjski kapitan. Spotkawszy się na podwórzu z politrukiem pokazując na nas spytał, co z nas za ludzie. Ten odpowiedział, że to banderowcy. Kapitan zapytał nas, czy jesteśmy z bandy Szczygielskiego, czy „Kruka”. Odpowiedzieliśmy, że nie znamy takich. Politruk pokazując na mnie i na „Chruszcza” palcem powiedział: „Ci dwaj to prawdziwi banderowcy”.
Tego samego dnia w nocy wezwano „Chruszcza” do kancelarii sztabu. Po jakimś czasie wezwano tam również mnie. Kiedy przyszedłem do kancelarii, „Chruszcza” już tam nie było. Zastałem tam kapitana, „dowódcę”, jego zastępcę, i wspomnianego dezertera „Szpaka”. Kapitan zaczął mnie pytać o mojego brata Mychajła, a konkretnie: czy miał broń, i czy należał do bandy. Dałem na to odpowiedź zaprzeczającą. Podczas tego przesłuchania dowódca kazał „Szpakowi” wyjść. Po tym przesłuchaniu zaprowadzili mnie do piwnicy i na przesłuchania nie wzywali aż do 30.03.1946 r. Tego dnia po obiedzie mnie, „Chruszcza”, mojego brata Mychajła i Hnata Iwana zaprowadzili do kancelarii sztabu. Tam zwrócono nam mniej wartościowe rzeczy, które zabrano nam podczas aresztowania. Podsłuchałem, że „dowódca” mówił do swojego zastępcy, że nas trzeba odesłać do UBP [Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego] w Przemyślu, a tam niechaj sobie robią, co chcą. Także i nam powiedzieli, że jedziemy do Przemyśla. Wsadzili nas na wojskowe auto ciężarowe i pod konwojem 10-ciu żołnierzy odwieźli do Przemyśla. Przejechawszy przez Przemyśl przyjechaliśmy do Pikulic (koło Przemyśla) i tam umieścili nas w areszcie wojskowym. Tutaj żadnych przesłuchań z nami nie przeprowadzali. Do dnia 2.04.1946 r. prowadzili nas do pracy w mieście, gdzie kopaliśmy grządki, sadziliśmy kwiaty i robiliśmy porządki.
Dnia 2.04.1946 r. po obiedzie, który składał się z bardzo rzadkiej zupy i kawałka chleba, zaprowadzono nas czterech wymienionych do Przemyśla. Tam zaprowadzono nas do sztabu dywizji, który mieścił się przy ulicy Mickiewicza (numeru sobie nie przypomina – uwaga śledczego). W kancelarii sztabu zastaliśmy oficera w randze porucznika, który pytał o nasze nazwiska, miejsca zamieszkania i pseudonimy. Podaliśmy mu nasze dokładne adresy i powiedzieliśmy, że żadnych pseudonimów nie mieliśmy. Po tym krótkim przesłuchaniu kazał nas zaprowadzić na Zasanie do 28-go pułku. Następnego dnia, to jest 3.04.1946 r., około godziny 10-ej, zabrali nas i poprowadzili znowu do sztabu dywizji. W tym sztabie kazali nam myć podłogi w dwóch pokojach. Podczas mycia podłóg nadszedł kapitan sowiecki i o czymś szeptem rozmawiał z jednym porucznikiem. Następnie pojedynczo wzywano nas do kancelarii sztabu.
Pierwszego wezwano mojego brata Mychajła, potem Hnata Iwana, mnie, a na koniec „Chruszcza”.
Kiedy przyszedłem do kancelarii zastałem porucznika, który zaczął spisywać moje personalia. Po zakończeniu tej pracy kazał mi się podpisać. Podpisałem się. Potem spytał mnie, co będę robić, kiedy puszczą mnie na wolność, czy pójdę do lasu. Powiedziałem, że do lasu nie pójdę, bo mam żonę i będę pracował w gospodarstwie jak dotychczas. On wtedy zaproponował mi współpracę z nimi i donoszenie o każdym ruchu „bandy”. Miałem namawiać chłopców, żeby wracali z lasu do domu. Gdy zgodziłem się na jego propozycję, dał mi pseudonim „Don”. O ruchach band kazał donosić do tego samego budynku pod numer „II – oddział”. Jeżeli będę dobrze pracował, obiecał, że po pewnym czasie wyrobi mi dokumenty, że będę mógł wszędzie spokojnie chodzić. Jeśli nie będę donosić, to on napisze do „naszej bandy”, że ja zgodziłem się z nimi współpracować, wtedy ona mnie zniszczy. Na koniec powiedział do wszystkich, że kiedy trafimy tutaj drugi raz, to nas szlag trafi. Na koniec powiedział, że jestem wolny i mogę iść do domu.
Wyszliśmy z Przemyśla tego samego dnia o godzinie 12-ej przez Kruhel, Brylince, Tysową, Trójcę i o godzinie 22-ej przyszliśmy do Limnej. Akurat umyliśmy się i zjedliśmy kolację, gdy nadeszli strzelcy, którzy zaprowadzili nas tutaj.
Przesłuchał:
„Kłym”.
Krawiec z Grąziowy - Mykoła Markowicz, fachu uczył się w Lwowie, pracował w Krakowie i Katowicach,następnie w Grąziowej.
OdpowiedzUsuńSzewc z Grąziowy - Iwan Markowicz, fachu uczył się w Grąziowej u żyda Samuela Lustiga, próbował podjąć pracę w Krynicy i Lwowie, następnie w Grąziowej