poniedziałek, 24 listopada 2025

Materiały źródłowe

 

IPN BU 1554, t. 48, k. 26 - 30

Dnia 9.04.1946 r.
Sprawa nr 81/46.
Łazor Hryhorij
pseudonim „Chruszcz” – aresztowany przez WP i MO – zwolniony z więzienia.
Protokół
Personalia:
Łazor Hryhorij, ur. 2.02.1923 r. we wsi Limna, powiat Przemyśl, grekokatolik, Ukrainiec, 3 klasy szkoły powszechnej, żonaty, zamieszkały we wsi Limna.
Sprawa:
W dniu 2.03.1946 r. we wsi Krajna powiat Przemyśl został schwytany Łazor Hryć przez WP i MO z Birczy. Po 1-miesięcznym pobycie w areszcie w Birczy i Przemyślu zwolniono go.
W dniu 7.04.1946 r. SB zatrzymało go w celu przesłuchania.
Zeznania:
Od najmłodszych swoich lat aż do 1941 roku pracowałem w gospodarstwie ojca a częściowo chodziłem na zarobek do miejscowego folwarku. W czasie okupacji niemieckiej pracowałem w rejonowej mleczarni w Birczy. Do OUN wstąpiłem jesienią 1943 r. i przyjąłem sobie wtedy pseudonim „Borys”. Pełniłem wówczas funkcję kuriera, a zwierzchnikiem moim był „Bohdan”. Od maja 1945 r. byłem kuszczowym informatorem aż do mojego aresztowania.
W dniu 2.03.1946 r. około 15 żołnierzy WP na czele z nieznanym mi porucznikiem aresztowało mnie we wsi Krajna u gospodarza Pawła Kowalczyka, byłego stanicznego. Wieczorem 1.03.1946 r. przybyła do wsi Limna druhna „Bohdanna”, która pod ochroną jednego roju strzelców transportowała leki. Następnego dnia rano ona zwróciła się do kuszczowego „Stawura”, żeby ktoś pokazał jej drogę na „Polanę” (progalina między wsią Trójca a wsią Tysowa – uwaga śledczego). Ponieważ w pobliżu nie było nikogo, ja ze „Stawurem” postanowiliśmy pokazać jej drogę.
W dniu 2,03.1946 r. o godzinie 7-ej zaszliśmy do wsi Krajna i wstąpiliśmy do gospodarza Kowalczyka Pawła, żeby zapytać o sytuację w terenie. Kowalczyk zaraz znalazł nam człowieka, który poprowadził rój dalej, a ja ze „Stawurem” pozostaliśmy u Kowalczyka. W tym czasie ziemia była pokryta śniegiem i na niej pozostały ślady. Wkrótce do Kowalczyka przyszło jeszcze dwóch mężczyzn ze wsi Grąziowa, którzy ukryli się we wsi Krajna przed wysiedleniem, które wtedy odbywało się w Grąziowej. Jak ci ludzie się nazywali, dokładnie nie wiem. Wiem tylko, że jeden z nich to krawiec, a drugi szewc. Po krótkim pobycie w chacie ja, „Stawur”, szewc i krawiec zaczęliśmy grać w „tysiąca”. Po jakichś 15 minutach matka Kowalczyka zauważyła, jak żołnierze WP okrążali jej chatę.
Tego dnia żołnierze szli dwoma grupami w kierunku na wieś Limna. Jedna grupa szła w górny koniec wsi, a druga w dolny. Grupa, która szla w dolny koniec wsi Limna trafiła na nasz ślad i idąc śladem zaszła do naszej chaty, gdzie graliśmy w karty. Gdy zobaczyliśmy, że chata już jest okrążona i nie można z niej uciekać, postanowiliśmy schować się w słomie na strychu. Ja, „Stawur”, krawiec i brat gospodarza Wołodymyr schowaliśmy się do kryjówki w słomie nad stajnia, a szewc już nie zdążył wyleźć na strych, dlatego schował się za drzwiami stajni. Sam gospodarz już nie chował się, ponieważ mając lat 40 posiadał dokumenty rejestracyjne. Zaledwie wleźliśmy w słomę, już Polacy z krzykiem weszli do chaty, pytając, gdzie są banderowcy, którzy tutaj weszli, bo ślad prowadzi do tej chaty.
Gospodarz tej chaty powiedział, że u niego nie ma banderowców. Wtedy Polacy zaczęli robić rewizję, którą prowadził sam porucznik i jeden milicjant z MO w Birczy. Na strychu milicjant zaczął krzyczeć „banderowcy wyłazić”. Pierwsze ze słomy wylazł brat gospodarza Wołodymyr, następnie krawiec, za nim ja, a na samym końcu „Stawur”. Wszystkich nas ze strychu zaprowadzili do chaty i zaczęli przeprowadzać rewizję osobistą. W tym czasie do chaty weszło 10 żołnierzy WP. Przy rewizji odebrano mnie należący do mojej żony ręczny, srebrny zegarek. Przy rewizji pytali nas, kto zamordował 28.02.1946 r. 4-ch cywilnych Polaków. żołnierze uważali mnie za banderowca, który przyszedł z lasu. Potem z tej chaty 5-ciu żołnierzy poprowadziło nas do wsi Limna. Po drodze krzyczeli do nas: „Kurwa wasza mać banderowcy, już my was połapali”. We wsi Limna na gościńcu koło Worobełyka zatrzymaliśmy się i do naszej dołączyła druga grupa WP, która zeszła z górnego końca wsi. Po spotkaniu obu grup WP rozpoznał mnie jeden milicjant z Birczy, który powiedział do mnie: „Dostałem cię skurwysynu w swoje ręce!” Ja wtedy zacząłem prosić, żeby mnie wypuścili, że ja nic nie wiem, i dlaczego mnie aresztowano. Następnie powiedziałem, że mieszkam z jednym Polakiem ze wsi Grąziowa we wsi Limna u Sawczaka Mykoły. Ten Polak nazywa się Józko; jego nazwiska sobie nie przypominam. Wtedy sierżant i jeden żołnierz poszli ze mną do chaty, gdzie mieszkał wspomniany Józko. W chacie zastaliśmy 6-ciu żołnierzy WP, którzy pili wódkę otrzymaną od Józka. Józko prosił, żeby mnie puścili, zapewniał, że ja nie jestem niczemu winny, ale daremnie. Mnie i jeszcze 10 innych aresztowanych Ukraińców prowadzili przez wieś Krajna do Birczy. We wsi Krajna Polacy wstąpili do Pawła Kowalczuka i chcieli zabrać jego córkę, ale jej nie zastali, bo uciekła. Przez cały czas począwszy od wsi Krajna prowadzili mnie do Birczy osobno. W chacie Kowalczuka pozostał jeszcze komendant MO z Birczy Michalski oraz jeszcze kilku żołnierzy, aby coś zjeść.
Nie bijąc nas po drodze doprowadzili nas do Birczy. Tam koło kościoła rozpoznał mnie Matusz, Polak z Birczy, chciał mnie bić, ale żołnierze nie dali. Zaprowadzono nas do sztabu WP, gdzie zastępca „dowódcy” przeprowadził jeszcze raz rewizję osobistą. Po rewizji, nie znalazłszy niczego, zaczął mnie bić, a potem zaprowadził do piwnicy, w której nie zastałem nikogo. Po minucie do tej piwnicy przyszło kilku żołnierzy rozzuli mnie, ściągnęli ubranie, a w zamian dali stare ubranie i „drewniaki”. Tego samego dnia około godziny 21 do piwnicy weszło 3-ch żołnierzy z lampkami i zaczęli mnie mocno bić. Podczas bicia mówili do mnie, że za Niemców sprzedawałem Polakom mleko zmieszane z wodą. Mimo tego, że w piwnicy już siedziało nas więcej, oprócz mnie nikogo nie bili. Po odejściu 3-ch żołnierzy, za jakieś pół godziny, do tej piwnicy wszedł politruk w randze porucznika razem ze swoim psem. Wspomniany zaczął nas wszystkich bić i mówił:
„To macie za mojego ojca i moją matkę”. Następnie szczuł nas psem; ten zaczął się na nas rzucać i ugryzł „Stawura” w prawą rękę. Do naszej piwnicy tej nocy nikt więcej nie zachodził.
Na drugi dzień o godzinie 10-ej zaczęło się śledztwo. Pierwszego wzięli na przesłuchania krawca ze wsi Grąziowa. Śledztwo prowadził jeden porucznik, który trzymał każdego po jednej godzinie. Kiedy wrócił krawiec, widać było na marynarce i na głowie ślady krwi. Podczas śledztwa krawiec 5 razy zemdlał z bólu i był prawie cały zlany wodą.
W dniu 3.03. o godzinie 11-ej wezwali mnie na przesłuchania. Przesłuchiwał mnie porucznik – wysoki blondyn. Oprócz niego w kancelarii byli jeszcze politruk – Żyd w randze porucznika, zastępca „dowódcy” w randze porucznika, porucznik z 4-oma żołnierzami i jeszcze jeden milicjant z MO w Birczy Liachowycz.
W pierwszej kolejności pytali, gdzie są moje dokumenty i gdzie byłem do tego czasu. Powiedziałem, że moje dokumenty spłonęły podczas pożaru, a przebywałem przez cały czas w domu. Oni jednak nie wierzyli mi, i ten porucznik, który prowadził mnie na śledztwo, zaczął mnie bić. Potem zaczął mnie bić drugi porucznik. Przy przesłuchaniu pytali o „Burłakę”, czy go znam. Powiedziałem, że o takim słyszałem, ale go nie widziałem i nie znam. Potem pytali o „Łastiwkę”. Również odpowiedziałem, że takiego nie znam. Dalej pytali mnie o sotnię „Jara”, sotnię „Hromenki”. Odpowiedziałem, że o takich w ogóle nic nie wiem. Kiedy powiedziałem, że sotni „Hromenki” nie znam, to mi uwierzyli, a nawet jeden powiedział:
„Może być, że nie zna, bo „Hromenko” ma teren nad Sanem.”
W czasie przesłuchań bili mnie po twarzy tak, że mi z nosa poszła krew, a jeden porucznik uderzył mnie 3 razy pistoletem po głowie. Dalej pytali mnie o bunkry z bronią, amunicją i zbożem, a konkretnie: w którym lesie są one zakopane. Powiedziałem, że o takich w ogóle nic nie wiem, że mam żonę Polkę, i takimi sprawami się nie zajmuję. Za to kopali mnie nogami i pytali, skąd jest moja żona. Odpowiedziałem im, że z Roztoki. Potem pytali mnie, czy znam Hermana Pawła z Roztoki. Powiedziałem, że nie znam. Po tych słowach położyli mnie na podłodze; jeden stanął na ręce, a drugi na nogi, i zaczęli mnie bić nahajką, a także wyciorami, aż straciłem przytomność. Wtedy polali mnie wodą, i odzyskałem przytomność. Spytali znowu, czy będę mówił prawdę. Kiedy odpowiedziałem, że mówię prawdę, porucznik powiedział do żołnierzy: „Ale on cięty. Bijcie chłopcy, ile się da.”
Żołnierze zaczęli mnie bić, a porucznik złapawszy krzesło uderzył mnie tak, że ono aż się rozleciało. Znowu straciłem przytomność. Za jakiś czas znowu doszedłem do siebie i wtedy mnie zabrali do piwnicy, w której już siedział krawiec ze wsi Grąziowa. Zabroniono mi rozmawiać z krawcem. Za jakąś godzinę czasu znowu wezwano mnie na śledztwo, gdzie zastałem wszystkich tych, którzy nie byli jeszcze przesłuchani. Na śledztwie pytali, kogo znam z „bandy” i jaki jest mój pseudonim. Ponownie odpowiedziałem, że nic nie wiem. Wtedy żołnierze z porucznikiem znowu rzucili się na mnie i bili do utraty przytomności. Tym razem zdjęli mi obuwie i na gołe pięty dali około 120 wyciorami. Po tym przesłuchaniu zaprowadzili mnie znowu do celi, w której zastałem krawca i „Stawura”. Potem zaprowadzili mnie, „Stawura”, krawca, szewca i Hnata Iwana do pracy w kuchni, która mieściła się w budynku na placu targowym. W kuchni spotkali mnie dwaj Polacy; jeden ze wsi Rudawka koło Birczy, a drugiego w ogóle nie znam. Oni pytali mnie, gdzie są ich krowy i konie. W kuchni rąbaliśmy drwa; przed samym wieczorem odstawiono nas do piwnicy. Około godziny 19-ej dali nam na kolację po pół litra czarnej, słodkiej kawy i dużo chleba.
W dniu 4.03.1946 r. po śniadaniu wszystkich zabrali do pracy. Zgłosiłem, że jestem chory i pozostawiono mnie w piwnicy. Przez cały dzień nikt z aresztantów nie przychodził do piwnicy.
W dniu 5.03.1946 r. około godziny 10-ej wezwano na śledztwo „Stawura”, którego po 30 minutach zwolniono i wtedy wezwano mnie. W pokoju śledczym był wtedy „dowódca”, porucznik i politruk. Wkrótce znowu przyprowadzili do tej kancelarii „Stawura”. W tym czasie siedziała za stołem oprócz innych nauczycielka z Leszczawy Dolnej (Polka), której nie znam. Ona pytała mnie, gdzie są moi „koledzy” z mleczarni w Birczy, urzędnicy Związku Kooperatyw, Hamiwka i ukraińscy policjanci. Odpowiedziałem jej, że w ogóle nic o nich nie wiem. Dalej pytała, gdzie jest diak Potopa z Woli Korzenieckiej, który uczył nas za Niemiec, Hamiwka, i powiedziała wszystkim, że za Niemiec ja sprzedawałem „znaczki z tryzubem”, na których było napisane: Sława Ukrainie. Zwróciwszy się do „dowódcy” mówiła, że diak Potopa mieszka w Przemyślu mając polskie dokumenty, oraz że ona chodziła już w tej sprawie na MO. Odpowiedziałem, że w tej sprawie nic nie wiem.
Usłyszawszy to Żyd – politruk uderzył mnie trzy razy w twarz.
Po tym przesłuchaniu zaprowadzili nas do piwnicy i już dłuższy czas nie przesłuchiwali.
Przez ten czas, kiedy nie wzywano nas na śledztwo, chodziliśmy do pracy. Jednego dnia, kiedy wróciliśmy z pracy, „Stawur” zawołał mnie na bok, i powiedział, że jego wsypał milicjant z Leszczawy Dolnej i wspomniana nauczycielka. Mówił mi wtedy, że był zmuszony powiedzieć, gdzie jest kryjówka z bronią i przyznać się, że jest rezydentem, bo nie ma innego wyjścia. Odpowiedziałem mu: „Róbcie, jak uważacie, ale bójcie się Boga, nie wsypcie zboża”. „Stawur” odpowiedział, że zboża nie zdradzi, ale broń jest zmuszony wydać. Następnego dnia na śledztwo wezwano „Stawura”. Co on mówił podczas przesłuchań – tego nie wiem. Kiedy on wrócił z przesłuchań, wezwano mnie.
Pytano mnie na przesłuchaniu, gdzie są „bunkry” ze zbożem i z bronią. Kiedy twierdziłem, ze o żadnych „bunkrach” nie wiem, znowu zaczęli mnie bić. Wtedy przyznałem się, że jestem zastępcą rezydenta, chociaż w rzeczywistości nie byłem nim. Według mojego zeznania rezydentem (stanicznym) miał być Ilieczko Petro, Ukrainiec ze wsi Limna, lat około 25, który w rzeczywistości z tym stanowiskiem nie miał niczego wspólnego. Polacy jednak nie uwierzyli w to i powiedzieli mi, że ja jestem zastępcą gospodarczego „Muchy” – Hermana Pawła. Do tego zarzutu nie przyznałem się. Pytali, jakie było moje zadanie. Wyjaśniłem, że zbierałem jajka, masło, mleko i to wszystko oddawałem rezydentowi, a kto od niego to odbierał, tego nie wiem. Pytali mnie dalej, czy nie widziałem „bandy”, która 6.01.1946 r. szła na Birczę. Do niczego więcej nie przyznałem się. Porucznik kazał odprowadzić mnie do piwnicy. Tam opowiedziałem „Stawurowi” o przebiegu śledztwa. „Stawur” powiedział mi, że przyznał się do bycia rezydentem i że zdradził kryjówkę, w której była zmagazynowana broń o około 1 cetnara owsa.
Następnego dnia rano wyprowadzili „Stawura” na przesłuchanie. Dokąd go prowadzili tego nie wiem. Posłyszałem wtedy, że naprzeciwko naszej piwnicy stało na zbiórce Wojsko Polskie. „Stawur” wrócił dopiero gdzieś za dobę. Pod sam wieczór następnego dnia ja i Kowalczyk Wołodymyr zobaczyliśmy przez okno na podwórzu ojca Hamiwkę Pawła ze wsi Limna, powiat Przemyśl, którego 2 żołnierzy prowadziło na zewnątrz. Po kilku minutach podjechało auto, zabrało ojca Hamiwkę i gdzieś odjechało. Przed samym odjazdem wspomnianego słyszałem jak porucznik WP nakazywał żołnierzom: „Uważać chłopcy, nie bić go po głowie”. „Stawura”, który przyszedł do piwnicy, spytałem, gdzie był. Odpowiedział, że razem z WP był we wsi Limna, gdzie pokazał kryjówkę z bronią. Ja osobiście o tej kryjówce nie wiedziałem. Spytałem „Stawura”, czy był w domu. Odpowiedział mi, że do domu go nie puścili, widział tylko moją mamę, jak wychodziła z chaty. Następnie pytałem go, czy widział ojca Hamiwkę i czy wie, w jaki sposób go schwytali. Odpowiedział mi, że widział, gdy gnało go WP przed nim, a w jaki sposób go schwytali, powiedział, że nie wie. Wiem tylko jedno, że po tym wyjeździe „Stawura” do wsi Limna na przesłuchaniach go więcej nie bili. Nadal pracowaliśmy na różnych robotach, a szewc z krawcem pracowali w swoim fachu.
W dniu 14.03.1946 r. wywołali mnie na przesłuchanie. W pokoju zastałem 4-ch nieznanych mi dotychczas oficerów. Byli bez żadnych odznak, ale domyśliłem się, że to oficerowie. Na tym przesłuchaniu pytali, czy byłem zastępcą rezydenta, czy zbierałem i wydawałem żywność, czy należałem do „bandy”, jaki jest mój pseudonim. Na te wszystkie pytania dawałem odpowiedź przeczącą, i za to mnie bili. Wtedy śledczy powiedział do mnie, że da mi świadka, który mi powie, że należałem do „bandy”. Po kilku minutach przyszedł na salę Polak ze wsi Rudawka Stanisław Płeizner, zamieszkały teraz w Birczy, razem ze swoją żoną. Ta kobieta powiedziała mi „w oczy”, że ja w dniu 9.10.1945 r. postrzeliłem jej męża Stanisława, spaliłem jej dom i chciałem zabić także ją. Kiedy ja wszystkiemu zaprzeczałem, pobili mnie pałkami. Po tym przesłuchaniu nadal chodziłem do pracy.
W dniu 28.03.1946 r. o godzinie 2-iej wezwali mnie do kancelarii, gdzie zastałem starszego lejtnanta Sowieta, „dowódcę” batalionu i porucznika. Starszy lejtnant pytał mnie, jaki jest mój pseudonim i co wiem na temat „Chrina” i jego „bandy”, kogo znam z sotennych, i czy oni przychodzą do naszej wioski. Odpowiedziałem, że Stebelskiego „Chrina” nie znam, o „Burłace” i „Łastiwce” słyszałem, ale ich nie widziałem. Pytał mnie dalej, czy miałem pistolet i kim byłem. Także tym razem powiedziałem, że byłem zastępcą rezydenta, zbierałem jajka i chleb i przekazywałem do rak rezydentowi. Zaprzeczyłem również, jakobym miał mieć pistolet. Wtedy „dowódca” powiedział, żeby jeden żołnierz przyprowadził „Szpaka” (dezertera z sotni „Jara” – uwaga śledczego). Kiedy ten przyszedł, opowiedział, że widział mnie we wsi Kormanice, gdy chodziłem w charakterze kuriera sotni. Kiedy on wracał z Kormanic widział mnie w chacie „Duba” we wsi Limna, gdzie ja pokazywałem Jasińskiemu z Leszczawy (strzelec sotni „Jara”) swój pistolet. Następnie powiedział mi, że ja znam „Duba”, który poległ zimą we wsi Dobrzanka. Dalej twierdził, że ja należałem do bandy i na pewno byłem kimś „starszym”, bo nosiłem pistolet i byłem dobrze ubrany.
Wtedy przyznałem się do noszenia pistoletu, ale on był własnością Hermana, i ja po tygodniu mu go oddałem. Za taką odpowiedź natychmiast dostałem 10 wyciorami. Zagrożono mi, że jeśli nie przyznam się do tego, co mówił „Szpak”, „to jutro nad moją mogiłą zakraczą kruki”.
Po tym przesłuchaniu na śledztwo zabrali „Stawura”. O co go pytali, tego nie wiem, bo on mi nie powiedział. Od tej chwili chodziliśmy razem do pracy i przebywaliśmy w jednej celi aż do 30.03.1946 r. Tego dnia przyjechał wojskowy samochód ciężarowy, na który wsadzono mnie, „Stawura” z jego bratem i Hnata Iwana. W samochodzie siedziało jeszcze 10 żołnierzy z 2-ma „Diechtiarami”. Z Birczy zawieźli nas przez Przemyśl do koszar w Pikulicach. W Pikulicach brat „Stawura” przez jedną dobę siedział osobno, nie z nami. Czemu – nie wiem.
W dniu 2.04.1946 r. około godziny 15-ej 3-ech żołnierzy zabrało nas do Przemyśla do sztabu. Pod murem budynku, gdzie mieścił się sztab, czekaliśmy prawie jedną godzinę, aż stamtąd zaprowadzili nas na Zasanie do 38-go pułku i tam zamknęli nas w areszcie, gdzie już siedziało 26 mężczyzn Ukraińców, a między nimi jeden inżynier. Następnego dnia około godziny 11-ej znowu poprowadzili nas do tego sztabu. W sztabie kazali nam umyć podłogi. W czasie mycia podłogi sowiecki major zabrał na przesłuchanie Hnata Iwana. Po nim zabrali brata „Stawura”, później samego „Stawura”, a na końcu mnie. Wszystkich przesłuchiwali pojedynczo, i dlatego nie wiem, o czym mówili. Na przesłuchaniu major spytał mnie, czy pójdę do lasu, kiedy mnie zwolnią.
Odpowiedziałem, że do lasu więcej nie pójdę, bo mam żonę i gospodarstwo. Wtedy on wyciągnął jakiś formularz, w którym zapisywał, skąd jestem rodem, nazwisko ojca i ogółem dokładny adres. Potem na tej karcie kazał mi się podpisać. Ja oczywiście podpisałem się na tej karcie, pomimo tego, że nie wiedziałem, co tam było napisane. Przed samym odejściem powiedział mi, żebym donosił do tego sztabu – „II oddział”. Wtedy dał mi pseudonim „Jawor” i pouczył, że gdyby ktoś z WP albo MO przyszedł i powiedział ten pseudonim, ja mogę mu przekazać zebrane materiały. Powiedział, że lepiej byłoby, gdybym osobiście przychodził do Przemyśla w określone dni. Polecał, żeby donosić, kto z banderowców będzie przechodził przez wioskę, jaka banda będzie kwaterować. Kiedy miałbym przychodzić do Przemyśla, tego mi nie powiedział.
Na koniec zagroził mi, że jeśli nie będę im donosić, to wyśle moje oświadczenie, które ja podpisałem, do „Burłaki” albo „Łastiwki”, a oni zrobią ze mną „pizdiec”.
W dniu 2.04.1946 r. około godziny 12-ej wyszliśmy z Przemyśla i przeszedłszy wioski Kruhel, Brylince, Tysowa przybyliśmy do wsi Limna. Tego samego dnia wieczorem zabrała mnie bojówka. Zamierzałem następnego dnia sam zgłosić się do SB w celu mojego przesłuchania.
Przesłuchał:
„Kłym”.

czwartek, 20 listopada 2025

Materiały źródłowe

 

IPN BU 1554, t. 48, k. 45 - 49

Dnia 18.12.1945 r.
Sprawa nr 389
Tyljak Josyf – „Worobczyk”
strzelec SKW, schwytany
przez WP i po 3-ch miesiącach
wypuszczony.
Protokół.
Personalia:
Tyljak Josyf, syn Dmytra i Tekli, strzelec SKW, pseudonim „Worobczyk”, urodzony 4.01.1923 r. we wsi Stańkowa, Ukrainiec, 3 klasy szkoły powszechnej, wolny, sympatyk, zamieszkały w Stańkowej.
Sprawa:
Dnia 22.08.1945 r. w lesie nad wsią Zawadką stacjonował oddział SKW. Na przysiółku wsi Zawadka Borsukowce, 4 strzelcy z tego oddziału, a mianowicie: „Worobczyk”, „Żajworon”, „Husak” i „Czaban” gotowali jedzenie dla tego oddziału. O godzinie 15-ej po południu nadeszło od strony Kuźminy WP w sile 100 żołnierzy i obskoczyli chatę, w której wspomniani strzelcy gotowali kolację. Strzelec „Czaban” uciekł, a 3-ch innych WP schwytało żywcem.
W dniu 21.09.1945 r. wypuszczono „Worobczyka” i „Husaka” z więzienia w Rzeszowie.
Sprawa:
Po ukończeniu 3 klasy szkoły powszechnej pracowałem aż do 1942 r. w gospodarstwie mojego ojca. W 1942 roku pojechałem do Niemiec i pracowałem u jednego gospodarza aż do grudnia 1943 r. W tym miesiącu dostałem 14 dni przepustki i pojechałem do domu. W czasie przepustki złożyłem wniosek o zwolnienie mnie z pracy w Niemczech, i kiedy ta sprawa została dla mnie pomyślnie załatwiona, pozostałem w domu. W sierpniu 1945 r. wstąpiłem do SKW.
W dniu 22.08.1945 r. nasz oddział stacjonował w lesie koło przysiółka Borsukowce. Dowódca czoty wyznaczył mnie i strzelca „Husaka” do gotowania obiadu i kolacji w chacie Melnyka Iwana. Po obiedzie do tej chaty przyszli dwaj strzelcy z naszego oddziału: „Czaban” i „Żajworon” oraz gospodarz z Zawadki Marijan Pisz; oni wszyscy we wsi zbierali dla nas ziemniaki na kolację. Obaj strzelcy byli bez broni, a ponieważ byli głodni, kazali sobie dać jeść.
Idąc do spiżarni po chleb zobaczyłem w sieniach żołnierza w polskim mundurze, który krzyknął: „Stój, ręce do góry!” Gdy zorientowałem się, że to polski żołnierz, skoczyłem do stajni, stamtąd tylnymi drzwiami do zagaty, a potem przeskoczywszy parkan wbiegłem do potoku, znajdującego się w odległości 10 metrów. Za mną co prawda posypało się kilka serii z PPSZ, ale niczego mi nie zrobili. Ponieważ pomiędzy potokiem a lasem było czyste pole, pobiegłem w kierunku wsi. Po przebiegnięciu 50 metrów potokiem zobaczyłem przed sobą w odległości 10 metrów 10 polskich żołnierzy, którzy już trzymali broń zwróconą w moją stronę i krzyknęli:
„Stój, ręce do góry!”
Widząc, że położenie jest bez wyjścia, podniosłem ręce do góry. Przyskoczyli do mnie i nie robiąc rewizji bili, gdzie popadło kolbami karabinów przez prawie 10 minut. Pobili mnie tak ciężko, że rany zagoiły się dopiero po 2-ch miesiącach. Podczas bicia krzyczeli:
„Kurwa twoja banderowska mać! Ilu Polaków zamordowałeś?!”
Słyszałem, jak mówili pomiędzy sobą, że jeden banderowiec im uciekł. Poprowadzili mnie koło chaty, w której gotowaliśmy jedzenie. Na ziemi leżeli już związani: „Husak”, „Żajworon”, gospodarz Melnyk Iwan i Pisz Marijan; „Czabana” nie było. Od razu domyśliłem się, że on uciekł. Także mi związali ręce z tyłu i kazali leżeć twarzą do góry tak, jak już leżeli pozostali aresztowani.
Żołnierze z WP przynieśli z ogrodu tyczki, kazali mnie, „Husakowi” i „Żajworonowie” obrócić się twarzą do ziemi i zaczęli nas bić. Po kilku minutach przestali bić i znowu kazali odwrócić się twarzą do góry. Wtedy jakiś oficer spytał nas, skąd jesteśmy i jak się nazywamy. Pierwszy powiedziałem, że pochodzę ze Stankowej i podałem swoje prawdziwe nazwisko. Także „Żajworon” powiedział, że pochodzi ze Stakowej i nazywa się Sucharipa Osyp; „Husak” także podał swoje nazwisko (prawdziwe). Gospodarzy Melnyka i Pisza bili także, ale słabiej. Melnyk na pytanie Polaków powiedział, że przebywaliśmy u niego w sumie 2 dni. Na zapytanie oficera WP, co tu robiliśmy, że zabrali nas banderowcy do obierania kartofli, a my nic wspólnego z banderowcami nie mamy, musieliśmy iść, bo przyszło po nas 4-ch banderowców z bronią. W tej chwili polscy żołnierze wynieśli z chaty 2 karabiny i 2 niemieckie bluzy.
Jeden karabin był mój, a drugi „Husaka”; bluzy także były nasze. Przyznałem się do mojej bluzy, bo ona była już trochę obszarpana, a 2 karabiny pozostawili banderowcy, którzy zobaczywszy Polaków uciekli do lasu. Wspomniany polski oficer spytał mnie, gdzie są banderowcy, a ja powiedziałem wtedy, że w lesie koło Borsukowce, bo stamtąd biorą żywność. Ilu ich tam jest nie powiedziałem, mówiąc – nie wiem. Zapytani „Husak” i „Żajworon” także nie podali ilości banderowców mówiąc, że tam nie byli, bo po obiad przychodzili 2 banderowcy. Polacy jednak nie bardzo nam wierzyli, i zaczęli znowu nas bić tyczkami. Następnie pytali nas, gdzie są banderowcy i gdzie znajduje się banderowski bunkier. Przez cały czas mówiliśmy, że nie wiemy.
O kryjówce ja wiedziałem, a ci dwaj w ogóle nie wiedzieli.
Potem „Żajworona” wzięli na bok i postawiwszy jego w kartoflach powiedzieli:
„Powiedz, gdzie jest bunkier, bo cię zastrzelimy jak psa!”
Kiedy ten powiedział, że nie wie, wystrzelili mu dwa razy nad głową. Potem kazali wstać mnie i „Husakowi”, „Husaka” i „Żajworona” prowadzili osobno, a mnie razem z gospodarzem Piszem także osobno. Cały czas koło nas był jeden polski żołnierz, 40-letni, on powiedział do nas:
„Gdyby nie wy, to ja już dawno byłbym przy żonie.”
Inni żołnierze śmieli się z niego, że dostanie za nas premię. Potem prowadzili nas przez las z Zawadki do Trościańca; po drodze o nic nie pytali. Nad wioską ustawili się w tyralierę i tak weszli do wsi, strzelając za ludźmi, którzy uciekali. Z jednej chaty wyszedł nieznany mi gospodarz. WP chciało zabrać go ze sobą, a gdy się opierał, jeden żołnierz wystrzałem z karabinu zabił go na miejscu.
W Trościańcu poprosiłem pilnującego mnie żołnierza, żeby rozkuł mi ręce, ale on tego nie uczynił. Potem mnie i Pisza wsadzono na wóz i tak zawieźli nas do Wojtkowy. Do tego samego pokoju, gdzie nas umieszczono, przyprowadzili także „Żajworona” i „Husaka”. Widział nas polski kapitan, ale o nic nie pytał. Żołnierze powiedzieli mu, że koło Zawadki było więcej banderowców, ale oni uciekli. Potem zaprowadzili nas do piwnicy, oddalonej o 300 metrów od sztabu wojskowego. W tej piwnicy zastaliśmy już 8 osób. Było 2-ch gospodarzy z Roztoki, jeden chłopiec z Trościańca, a skąd pozostali – nie wiem. W nocy przychodzili do nas polscy żołnierze i każdego bili. Kazali śpiewać pieśni ukraińskie i naśmiewając się mówili:
„Kurwa wasza mać, my wam damy Ukrainę!”
Następnego dnia milicja ze wsi Wojtkowa zwolniła 2-ch gospodarzy z Roztoki, zapisując jeszcze od nich jakieś dodatkowe zeznania. Na śniadanie przynieśli nam wiadro zupy, ale nikt nie jadł, bo w tym czasie milicjanci wszystkich nas mocno bili.
O godzinie 9-ej tego dnia około 200 żołnierzy wyjechało z Wojtkowej zabierając nas ze sobą. Kiedy przejeżdżaliśmy przez wieś Grąziowa i Krajna, wojsko kazało nam rozkopać mogiłę usypaną na cześć poległych bojowników.
W Grąziowej schwytali wtedy sołtysa i nieznaną mi kobietę. Cały oddział zatrzymał się w Łodzince. Aresztowanych zaprowadzili do stodoły, a mnie pierwszego zaprowadzili do kapitana. W kwaterze kapitana było jeszcze 2-ch żołnierzy z grubymi drążkami. Wspomniany kapitan powiedział do mnie:
„Tutaj jest sąd polowy. Musisz mówić prawdę, bo będzie z tobą źle!”
Tak powiedział wskazując na żołnierzy stojących z kijami bukowymi. Tak oto rozpoczęło się przesłuchanie. Kapitan pytał mnie, jak się nazywam, gdzie mnie wojsko schwytało, i co ja tam robiłem. Powiedziałem, że mnie i tych dwóch banderowcy zabrali do strugania ziemniaków, i żebyśmy nie uciekli, koło nas postawili wartę, która uciekła przed wojskiem. Opowiadałem, że kiedy banderowcy przyszli po mnie, mama bardzo płakała, bo nie chciała mnie puścić, ale ci, którzy po mnie przyszli, powiedzieli, że wykonują tylko rozkaz „Medwedia”. Kapitan spytał mnie, czy znam „Medwedia”, odpowiedziałem, że nie widziałem i nie znam. Kapitan zapisywał wszystko co mówiłem. Na pytanie, czyje karabiny pozostały w chacie, powiedziałem, że pozostawili je banderowcy, którzy nas pilnowali, i którzy zobaczywszy wojsko polskie, uciekli. Po przesłuchaniu nas wszystkich wyprowadzono na łąkę [trawę] i położono twarzą do ziemi. W Łodzince aresztowali 2-ch mężczyzn i jedną kobietę, których po przesłuchaniu zwolnili.
Po dwóch godzinach przyszło 6-ciu żołnierzy i odstawiło nas do Birczy. W piwnicy, do której nas zapędzili, oprócz nas nie było nikogo. Po godzinie czasu przyprowadzili do nas jakiegoś mężczyznę. Powiedział, że jest Ukraińcem, ożenił się z Polką, a aresztowali go za to, że żona przeniosła metrykę. W pierwszej kolejności wezwano na śledztwo Melnyka Iwana, a następnie mnie.

W kancelarii, do której mnie zaprowadzili, było 3-ch milicjantów; jeden siedział za stołem, a dwaj przechadzali się z nahajami po pokoju. Ten, który siedział za stołem, powiedział do mnie:
„A teraz mów wszystko prawdziwie, bo będzie gorzej! Zgnijesz tutaj w piwnicy!”
Udając, że niczego nie wiedzą, pytali mnie, jak się nazywam, skąd pochodzę, i jak zostałem aresztowany. Temu milicjantowi opowiedziałem to wszystko, co i kapitanowi we wsi Łodzinka. Milicjanci jednak mi nie wierzyli i mówiąc, że jestem banderowcem, bili gumowymi pałkami aż do nieprzytomności. Przedtem kazali mi rozebrać się do naga. Kiedy straciłem przytomność, wylali na mnie wiadro wody. Kazali mi wstać i nadal mówili:
„Powiedz lepiej prawdę, przyznaj się do wszystkiego, a puścimy cię do domu”.
Po przerwie znowu powiedział:
„My wiemy, że ty nic nie jesteś winien. Ty jesteś jeszcze młody i sam nie wiedziałeś, co robisz. Lepiej przyznaj się, a wszystko będzie w porządku.”
Kiedy nadal nie przyznawałem się do niczego, znowu zaprowadzili mnie do piwnicy. W nocy na śledztwo chodził „Żajworon” i „Husak”.
W dniu 24.08.1945 r. o godzinie 8-ej rano nas wszystkich 12-tu aresztowanych zabrali na samochód i powieźli przez Przemyśl do Rzeszowa. Pomiędzy aresztowanymi byli 2 gospodarze z Brzeżawy, a mianowicie Jurczyszyn Iwan i Bodnar Iwan; z Lipy Baczyk Wołodymyr, z Żohatyna – Wojtowycz, z Liachawy – sołtys; innych aresztowanych z nazwiska nie znam.
W Rzeszowie zaprowadzili nas prawdopodobnie na MO. Potem mnie samego zaprowadzili do pokoju, w którym zastałem jeszcze jednego aresztowanego. Jak dowiedziałem się później, był to rojowy, którego gdzieś pod Przemyślem schwytali w kryjówce z całym rojem. Ten rojowy nazywał się Switljak, był wysokiego wzrostu, blondyn. Wspomniany major czytał z wykazu następujące pseudonimy: „Soroka”, „Worona”, „Sowa”, „Hrab” i inne, których sobie nie przypominam. Switljak wtedy mówił, czy taki jest, czy go nie ma. Ja przez cały czas stałem z boku. Po przeczytaniu tego spisu kapitan przechadzając się po pokoju przystąpił do mnie, i mocno uderzył pięścią w nos, oraz powiedział przy tym:
„Ty banderowcu przeklęty, gdzie twój karabin?!”
„Żajworona”, którego także przyprowadzono do tego pokoju, kapitan o nic nie pytał, ani nie bił. Potem przyszedł żołnierz w skórzanej kurtce i zabrał mnie, „Zajworona” i Switljaka do celi, w której zastaliśmy już 30 aresztantów, pomiędzy nimi także aresztowanych z okolic Birczy, jadących tutaj razem z nami. Podszedłem do Switljaka i po poproszeniu o tytoń spytałem, co z nami będzie, i czy będziemy jeszcze żyć. Ten powiedział, że nic strasznego nie będzie, że dadzą jeść i jakoś będziemy żyć.
Po godzinie czasu wszedł żołnierz i krzyknął:
„Teraz wszyscy banderowcy idą na rozstrzelanie. Trzeba trzymać ręce z tyłu i nie oglądać się!”
Wypędzono nas wszystkich na korytarz, ustawiono dwójkami, i wyprowadzono na ulicę. Dookoła nas szli milicjanci z UBP z bronią gotową do strzału. Wszystkich nas zaprowadzono do budynku UBP, tutaj ustawiono nas twarzami do ściany. Jeden z milicjantów powiedział:
„Teraz trzeba ich wszystkich postrzelać.”
Drugi na to odpowiedział:
„Najpierw trzeba ich dobrze wybić, a później postrzelać.”
Po tych słowach dwaj milicjanci przynieśli nóżki od krzesła i bili nimi po kolei każdego aresztowanego; inni bili kolbami karabinów. Aresztowani stojący na drugim końcu szeregu mdleli ze strachu. Milicjanci polewali ich wodą i nadal bili. Mnie wtedy nie bili bardzo, możliwe dlatego, że byłem już poprzednio zbity. Jak długo bili, tego dokładnie powiedzieć nie mogę, przypuszczam, że bili około 2 godziny. Potem pojedynczo przepędzali nas do drugiego pokoju, w którym było dwóch cywilnych z UBP. Oni odbierali nam wszystkie rzeczy i spisali personalia; nazwisk tych, którzy podawali personalia, nie pamiętam. Kiedy już odebrali nam wszystkie rzeczy, wszystkim tym schwytanym w lesie kazano podnieść ręce do góry. Nie zwracając uwagi na tych, którzy podnieśli ręce do góry, podzielili aresztowanych na trzy grupy i zaprowadzili do piwnicy, w której z braku powietrza można było się udusić.
Rano o godzinie 7-ej klucznik otworzył drzwi i 2 aresztowane dziewczyny przyniosły na śniadanie: po 30 dkg chleba i po pół litra kawy. Po śniadaniu wezwano mnie do kancelarii i ponownie spisano personalia oraz pytali, kto mnie schwytał, czy miałem karabin, i jaki jest mój pseudonim. Odpowiedziałem, że karabinu i pseudonimu nie mam, i że WP schwytało mnie w chacie. Po przesłuchaniu znowu zaprowadzili mnie do piwnicy. Kiedy byłem na przesłuchaniu, kierownik zarządził, aby wszyscy obecni w piwnicy położyli się na betonie i żeby leżeli tak aż do mojego powrotu. Kiedy przyszedłem, klucznik wydawał nam wszystkim rozkazy: „Padnij! Powstań!” i to trwało kilka minut. Przed południem zabrali mnie, „Husaka”, „Żajworona”, Jurczyszyna Mykołę, Bodnara Mykołę z Bryżawy, Kałytę Mychajła i Żelizko Wasyla oraz przeprowadzili do innej piwnicy, w której siedziało już 15 aresztowanych Ukraińców.
Nazwiska ludzi w tej celi były następujące: Primeć Stepoan z Chodorowa, Żurowśkyj Iwan z Kotowa, Szufljak Petro z Iskania, Muzyka Iwan z Kotowa, Paraska z Cisnej (jego imienia nie znam), Słojko Roman z Hankowic, nazwisk innych ludzi nie pamiętam. Przez cały miesiąc nie wzywano mnie na śledztwo. Niektórych wzywano bardzo często, na przykład Słojka z Hańkowic wzywali 19 razy, o co go pytali na śledztwach, tego nie wiem; wiem tylko, że gdy przywozili ludzi z wsi sąsiadujących z jego, to zawsze go wzywali na śledztwo. Aresztowani mówili pomiędzy sobą, że Słojko wszystko sypie. Słojko osobiście przyznał się mi, że był charczowym na kilka wsi i że nosił automat, który oddał Wojsku Polskiemu. Przez ten miesiąc dowiedziałem się, że Zalizko Wasyl, Kałyta Wasyl i Oleśkiw Mychajło byli z oddziałów UPA i że ich znaleziono w kryjówce. Jurczyszyn przyznał się na śledztwie, że był przy SKW i dlatego nigdy go nie bili, a nawet prawdopodobnie po miesiącu zwolnili do domu.
Przez cały miesiąc nikt mnie nie przesłuchiwał; natomiast wykorzystywano mnie do prac, a mianowicie: do noszenia drew i węgla do kuchni. W moim oddziele co drugi, trzeci dzień dyżur miał klucznik Bober Stanisław, który wciąż nas bił żelazną rurką, a pomagał mu w tym Kruczyk Stanisław z Przemyśla, który był kucharzem, a także jeszcze jeden klucznik. Dopiero po miesiącu czasu jeden milicjant z UBP wezwał mnie na śledztwo. Podczas prowadzenia mnie na trzecie piętro prowadzący pouczył mnie, że mam zameldować się w następującej formie:
„Józef Tyljak melduje się na przesłuchanie z zapierdolonej ukraińskiej armii.”
Po wejściu do kancelarii zameldowałem się tak, jak to nakazał milicjant. W kancelarii siedział śledczy, który nic na ten meldunek nie odpowiedział. Był to niski brunet. Po minucie weszło jeszcze dwóch. Śledczy w pierwszej kolejności spisał personalia, spytał gdzie i kto mnie schwytał, i co tam robiłem. Odpowiedziałem, że banderowcy przymusowo zabrali mnie do kuchni obierać ziemniaki, gdzie mnie schwytało WP. Następnie powiedziałem, że nie miałem karabinu, i do Organizacji nie należałem. Kiedy do niczego się nie przyznawałem, ci dwaj, którzy przyszli później, zaczęli mnie bić po plecach nóżką od krzesła. Śledczy przez cały czas był przy tym obecny. Po minucie zabronił milicjantom mnie bić, a do mnie powiedział:
„Po co mamy ciebie bić, lepiej powiedz prawdę, a my cię wypuścimy. Ty jeszcze jesteś młody i potrzebujesz żyć. Jak nie powiesz, to zgnijesz w kryminale.”
Na te pytania znowu mówiłem tak jak poprzednio. A on wtedy: „Kłamiesz! Gotowałeś banderowcom jeść, a mówisz, że do Organizacji nie należysz!” Udając głupiego powiedziałem, że zapisali mnie wtedy, gdy obierałem ziemniaki.
Następnie pytał mnie, kto jest stanicznym we wsi, kto jest charczowym i kto nosi do lasu żywność dla bandy. Powiedziałem, że mieszkam za wsią w przysiółku, że tam jest 30 polskich rodzin i 5 ukraińskich, i że tam banderowcy nie zachodzą. Następnie powiedziałem, że moja siostra wyszła za mąż za Polaka i że mieszka w naszym domu; że mój sąsiad jest przy MO i z nim stale przesiadywałem i nigdzie nie chodziłem (Sąsiad rzeczywiście jest przy MO, ale siostra za Polaka nie wyszła – uwagi „Orłyka”). Tym udowadniałem śledczemu, że o Organizacji i banderowcach nic nie wiem. Dalej pytali mnie, kto ze wsi poszedł do SS Dywizji. Odpowiedziałem, że Liubinśkyj Iwan, Soroka Wasyl, Barna Wasyl, Demko Mychajło i Konopelśkyj Mychajło. Pytał mnie także, kto poszedł do Armii Czerwonej; powiedziałem, że wszyscy się zgłosili, ale wszystkich nie zabrali.
Trzeciego dnia po tym przesłuchaniu do naszej celi przyprowadzili jeszcze 8-iu Ukraińców, a mianowicie: Maksyma Iwana, rodem spod Przemyśla zza granicy, Sorowećkiego Romana z Przemyśla, Baczyka Wołodymyra z Lipy koło Birczy, Prysjażnego Iwana, Iwaszka Wasyla i Bunga Iwana. Wszyscy trzej ostatni z oddziału UPA, schwytani w kryjówce. Wspomniany Maksym, lat 32-34, wysoki, jasny blondyn, w rajtkach. Sorowećkyj, lat 24, wyższy od Maksyma, grubszy, brunet. Kiedy przywieźli obu wyżek wspomnianych, byli bardzo chorzy, tak że nie mogli chodzić, Opowiadali, że ich mocno pobili. Następnego dnia wszystkich zabrali do innej celi, a tych dwóch pozostawili w tej samej.
Co dwa dni wszystkich aresztowanych Ukraińców wyprowadzali na spacer. Z Przemyśla siedziało kilkanaście osób, przeważnie inteligencja, za to, że nie chcieli jechać do USRR. Wspomniany Sorowećkyj prosił mnie, że gdybym wyszedł na wolność, to żebym powiedział jego bliskim, aby przysłali mu następujące rzeczy: spodnie, obuwie, maść borową i cynkową oraz coś z żywności.
Po dwóch tygodniach mojego siedzenia w celi nr 14 wezwali mnie na drugie piętro. Prowadził mnie klucznik Bronek. W kancelarii była jedna panna, jeden cywil z UBP, a drugi w mundurze. W kancelarii spisali protokół i pytali o to samo, co w poprzednich razach na śledztwie. Niczego nowego im nie podałem, a mówiłem to samo, co i poprzednio. Wspomniana panna wypełniała jakiś formularz, a potem kazała mi końce palców włożyć do czarnej farby i ja odbiłem je na tym samym formularzu. Po tym wyprowadzili mnie znowu do mojej celi. Dwa tygodnie później wezwali do tej kancelarii Maksyma i Sorowećkiego i oni także robili odciski palców na jakimś żółtym formularzu.
Tydzień przed moim zwolnieniem wezwano mnie do kancelarii, w której był śledczy, którego przedtem nie widziałem. Śledczy popatrzył na mnie, spytał, jaki jest mój pseudonim, i jak długo byłem w bandzie. Powiedziałem, że pytano mnie o to już kilka razy. Wtedy śledczy zwrócił się do klucznika i powiedział:
„Weźcie tego skurwysyna, bo ja nie mam już sił dzisiaj do niego”;
po tych słowach klucznik wyprowadził mnie znowu do celi.
W dniu 20.11.1945 r. o godzinie 22-ej zabrał mnie klucznik znowu do śledczego, ale już do innego: niski brunet, lat 30; przy nim był także młody żołnierz. Śledczy zapytał mnie, czy znam wszystkich ludzi z mojej wsi. Odpowiedziałem, że znam. Wtedy przeczytał mi następujące nazwiska: Demko Mykołaj, Demko Osyp i Stanysławczyk Iwan. Powiedziałem, że znam wszystkich [wymienionych]. Następnie pytał, kto jest stanicznym, kto jest charczowym, i gdzie banderowcy przeprowadzają zebrania. Obiecał, że wypuści mnie, jeśli powiem prawdę. Ponownie mówiłem, że mieszkam w przysiółku, gdzie mieszkają Polacy, że banderowcy do nas nie zachodzili i słów: staniczny i charczowy w ogóle nie rozumiem. Wtedy śledczy straszył mnie, że będę siedział 10 lat w kryminale. Przy tym przesłuchaniu nikt mnie nie bił i nikt nie krzyczał. Pod koniec śledczy powiedział temu młodemu żołnierzowi, żeby mnie z powrotem zaprowadził do celi. Po drodze ten młody żołnierz powiedział, że mnie wypuszczą do domu.
W dniu 21.11.1945 r. klucznik otworzył drzwi i powiedział: „Tyljak Józek i Tyljak Stanisław zabierać swoje manatki i wychodzić.”
Zabraliśmy swoje rzeczy, chcieliśmy pożegnać się z pozostałymi więźniami, ale klucznik nam nie pozwolił. Ten klucznik zaprowadził nas do kancelarii śledczego, który przesłuchiwał nas poprzedniego dnia. Stosunek śledczego do nas całkowicie się zmienił. Odezwał się:
„Chłopcy, jestem waszym wujkiem. Nie chcę, aby wasze matki płakały z mojego powodu, puszczam was do domu, ale żebyście nie narobili świństwa. Jeśli zobaczycie jakichś banderowców, dajcie znać na MO!”
Odpowiedziałem, że wszystko to, co mi nakazują, będę wykonywał. O tym jak mam śledzić za banderowcami, nie pouczył nas. Po tym śledczy kazał nam obu podpisać formularz. Dokładnej treści formularza nie przypominam sobie. Wiem tylko, że nie wolno było mówić, co dzieje się w więzieniu i o co nas pytali, bo za to, jeśli zdradzimy, to czeka nas 3 lata więzienia. Obaj podziękowaliśmy śledczemu za zwolnienie, a on wtedy wręczył nam zaświadczenia o zwolnieniu.
Po moim przyjściu do domu dowiedziałem się od mojej matki, w jaki sposób wydostała mnie z więzienia. Poszła w mojej sprawie do miejscowego sołtysa, a ten skierował ją do Dacha, wójta gminy z Wojtkowej. Wspomniany Dach powiedział mamie, że żeby wzięła od sołtysa zaświadczenie z podpisami 14-tu Polaków, że syn nie był przy banderowcach, lecz cały czas siedział w domu oraz że nie był karany. To zaświadczenie mieli podpisać wójt gminy i starosta. Z tym zaświadczeniem, na którym było zaznaczone, że banderowcy wzięli mnie przymusowo do obierania kartofli, mama za poradą Dacha pojechała do Rzeszowa do adwokata Wisza Józefa (ulica 3-go Maj, nr 7).
Adwokat powiedział mamie, że może da się coś zrobić, jeśli da mu 20 tysięcy złotych. Jako zaliczkę Mama dała 10 000 złotych, 1 kg masła i 1 litr miodu. Następnym razem zawiozła temu adwokatowi znowu 10 000 złotych, Za sumę 20 000 złotych zwolnili z więzienia mnie i Tyljaka Stanisława.
„Orłyk”.

wtorek, 18 listopada 2025

Materiały źródłowe


IPN BU 1554, t. 48, k. 19-24

Dnia 9.04.1946 r.
Sprawa nr 63/46
Towarnićkyj Anton – „Stawur”
Kuszczowy terenowy – aresztowany
przez WP i zwolniony
z więzienia.
Protokół nr 1.
Personalia:
Towarnićkyj Anton – „Stawur”, ur. 4.12.1914 r. w Leszczawie Górnej, powiat Przemyśl, syn Antona i Karoliny Jakymeć, grekokatolik, Ukrainiec, 4 klasy szkoły powszechnej, żonaty, bezdzietny, członek OUN od 1934 roku, zamieszkały w Leszczawie Górnej.
Sprawa:
Dnia 2.03.1946 r. zatrzymało WP i milicjanci z Birczy we wsi Krajna, powiat Przemyśl, Towarnickiego Antona – kuszczowego terenowego i Łazora Hryhorija, kuszczowego informatora. Odstawiono ich do aresztu w Birczy. Czwartego dnia od momentu aresztowania Towarnićkyj przyjeżdża razem z WP i MO do wsi Limna, gdzie pokazał dom kuszczowego gospodarczego „Muchy”. Samego „Muchy” wtedy WP nie znalazło, jednak w jego domu znaleziono kryjówkę, w której ukrył się przed Polakami ojciec Hamiwka, którego natychmiast aresztowano. Wydał także drugą kryjówkę z bronią, gdzie był 1 MG, 1 PPSZ, 2 karabiny i 200 kg owsa.
Po jednomiesięcznej odsiadce w areszcie w Birczy i Przemyślu zwolniono go.
Zeznanie:
Urodziłem się w Leszczawie Górnej, powiat Przemyśl. Moi rodzice to Ukraińcy – rolnicy na 7-morgowym gospodarstwie. Po ukończeniu 4 klas szkoły powszechnej zacząłem pomagać rodzicom na gospodarstwie aż do 1944 roku. W 1934 r. zostałem członkiem OUN i zajmowałem stanowisko stanicznego. Od 1935 r. do 1945 r. pełniłem funkcję podrejonowego pod pseudonimem „Hrab”. W 1945 r. po reorganizacji terenu naznaczono mnie terenowym kuszczowym i dostałem pseudonim „Stawur”. Na tym stanowisku przebywałem aż do dnia mojego aresztowania w dniu 2.03.1946 r.
W dniu 2.03.1946 r. aresztowało mnie WP i MO z Birczy (razem 15 osób) we wsi Krajna, powiat Przemyśl. W tej wsi znalazłem się w następujący sposób. W nocy z 1 na 2.03.1946 r. przyszła druhna „Bohdanna” pod ochroną roju strzelców, z którym ona transportowała leki do wsi Limna, powiat Przemyśl. Wstawszy rano ona chciała, żeby ktoś pokazał jej drogę na „Polanę” (progalina w lesie pomiędzy wioskami Tysowa i Trójca). Z tą propozycją druhna „Bohdanna” zwróciła się do mnie. Ja w tym czasie razem z „Chruszczem” przebywałem w swoim domu i mieliśmy zamiar wyjść do lasu. Ponieważ nie miałem pod ręką żadnego kuriera, postanowiłem z „Chruszczem” pokazać jej drogę. Ze wsi Limna poszliśmy do wsi Krajna, nie spotkawszy nikogo po drodze. Akurat w tym czasie przyprószył ziemię świeży śnieg.
We wsi Krajna wstąpiliśmy do chaty Ukraińca Kowalczyka Pawła pseudonim „Ter”, rezydenta tej wsi, żeby spytać, czy w terenie nie ma WP oraz żeby „Bohdannie” dał człowieka do dalszej drogi. On powiedział, że w terenie jest spokojnie i natychmiast dał człowieka, który odprowadził wspomnianych do „Polany”. W tym czasie do wspomnianego Kowalczyka przyszło 2-ch mężczyzn z Grąziowej, którzy ukrywali się przed wysiedleniem. Ich nazwisk nie znam. Wiem tylko, że jeden z nich to szewc, a drugi to krawiec. Po odejściu wspomnianych strzelców z Krajnej ja, „Chruszcz”, szewc i krawiec zaczęliśmy grać w „tysiąca”. Po jakichś 15-u minutach mama Kowalczyka zauważyła, że żołnierze polscy byli pod samą chatą, którą już okrążyli.
Polacy tego dnia po wyjściu z Birczy poszli dwoma grupami do wsi Limna. Jedna grupa po przejściu lasu na Reberce (przysiółek wsi Leszczawa Górna) poszła w górny koniec wsi Limna; druga grupa poprzez „księży kąt” poszła w dolny koniec wsi Limna.
Przechodząc nad potokiem zobaczyli na śniegu świeży ślad, idąc którym zaszli aż pod chatę, w której graliśmy w karty. Słysząc, że Polacy są pod chatą, i nie ma już gdzie uciekać, postanowiliśmy ukryć się w słomie na strychu, gdzie była zrobiona prymitywna kryjówka. Do tej kryjówki pierwszy schował się brat Kowalczyka, potem „Chruszcz”, krawiec i ja. Szewc nie mógł już schować się do tej kryjówki, i dlatego schował się za drzwi w stajni. Siedząc w kryjówce na strychu usłyszałem w chacie krzyk. Polacy pytali mamę Kowalczyka, kto tutaj przechodził i gdzie jest „banda”. Kowalczyk odpowiedział: „Tutaj nie ma nikogo oprócz cywilów.” Zaczął wywoływać swojego brata, który także ukrył się razem z nami: „Włodku wyłaź!”
Po tych słowach Polacy zaczęli szukać na strychu w słomie, gdzie nas wszystkich znaleźli. Pierwszy wylazł Kowalczyk Włodko, potem krawiec i „Chruszcz”. Ja pozostałem w słomie myśląc, że mnie nie znajdą, ale potem i mnie z tej kryjówki wyciągnęli. Wtedy sierżant WP i komendant MO z Birczy Michalski zaczęli mnie bić. Michalski kopnął mnie dwa razy w bok, a żołnierze bili kolbami karabinów. Tego sierżanta nazywano: panie Walter. Czy takie było jego prawdziwe nazwisko – nie wiem. W chacie nas wszystkich 5-ciu postawili do kąta i pytali: „Banderowcy, gdzie jest wasza broń”. Nas nie bili. Potem poprowadzili nas do wsi Limna. Po drodze z nas drwili.
We wsi Limna zaszli do Ukraińca Worobełyka, gdzie spotkali się z drugą grupą, która nadeszła z przeciwnej strony. Druga grupa przyprowadziła ze sobą 4-ch aresztowanych Ukraińców i 2 konie, które zrabowali gospodarzom we wsi Limna. Ta grupa zatrzymała się we wsi około 30 minut, ponieważ niektórzy żołnierze poszli po wsi rabować. Po tym postoju udaliśmy się przez wieś Krajna w kierunku Birczy. Przy końcu wsi Krajna cała grupa zatrzymała się. Jeden z żołnierzy podszedł do nas i wypytywał, do jakiej „bandy” należałem, jaki miałem pseudonim, gdzie kwateruje „banda” oraz kogo znam z tych, którzy do niej należą. Nikogo nie bili. Po tym krótkim przesłuchaniu ruszyli dalej w drogę a potem zatrzymali się koło cerkwi. Tam przystąpił do nas jeden kapral i 2-ch żołnierzy oraz powiedzieli, że mnie rozpoznali, ponieważ brałem udział w akcji na Birczę w dniu 7.01.1946 r. Mówili, że zraniłem wtedy jednego żołnierza WP. Dałem na to zaprzeczająca odpowiedź, przez to zaczęli mnie bić w twarz. Potem zaprowadzili mnie do chaty jednego gospodarza – Ukraińca, tam ściągnęli ze mnie buty, zamiast których dali podarte płócienne, które zabrali od tego gospodarza. Po ściągnięciu butów ruszyliśmy dalej w kierunku Birczy. Po drodze nie bili mnie, o nic nie pytali, tylko drwili ze mnie, pytając, gdzie jest moja broń i jaki ze mnie banderowiec.
Do Birczy przyszliśmy około godziny 15-ej. Zapędzili nas do sztabu, który mieści się w budynku byłej gminy. Tam postawili nas pod murem i zaczęli każdego bić. Najbardziej bił zastępca dowódcy w randze porucznika. Ten porucznik zabrał mi portfel, w którym było 162 złote, chusteczkę do nosa, zapalniczkę i grzebyk. Potem uderzył mnie dwa razy w twarz i po drodze do piwnicy kilka razy kopnął mnie w bok. Do piwnicy zapędzili nas wszystkich, jedenaście osób. Po 5-ciu minutach wszystkich nas wypędzili na dwór, dobrze pobili i zapędzili znowu do piwnicy. Tego samego wieczoru przyszedł do nas do piwnicy nieznany osobnik i zaczął mówić po rosyjsku, że Bandera, Melnyk, Petryczenko, Stećko i jeszcze wielu innych siedzą teraz pod ciepłym niebem Italii, żyją sobie jak burżuje a my, biedni, durni chłopi walczymy i giniemy po kryminałach nie wiedząc za co. Na ten temat mówił około 40 minut będąc trochę w nietrzeźwym stanie.
W dniu 3.03.1946 r. o godzinie 7-ej rano przynieśli nam na śniadanie zupę. Po śniadaniu zaprowadzili nas do pracy do kuchni wojskowej, która mieści się przy placu targowym w Birczy. Stamtąd brali nas pojedynczo na przesłuchania do kancelarii sztabu, która mieści się na pierwszym piętrze w budynku byłej gminy. Około godziny 11-ej wezwano mnie na śledztwo. W kancelarii zastałem „dowódcę”, jego zastępcę i politruka, Żyda, którego nazywali panem Hefrem. W tym pokoju było jeszcze więcej osób, których nie znałem. Pierwsze słowa przesłuchania były, w której bandzie byłem. Powiedziałem, że do żadnej bandy nie należałem, jestem żonaty, mam gospodarstwo, w którym pracuje, i więcej nic mnie nie obchodziło. Dalej pytali mnie, w jakim celu zaszliśmy do chaty Kowalczyka we wsi Krajna. Odpowiedziałem, że chodziłem aby go zapytać, w jaki sposób wyrabia się polskie dokumenty, bo chciałem sobie takie wyrobić. „Dowódca” jednak w to nie uwierzył i zaczął krzyczeć. Wtedy ściągnęli ze mnie kurtkę, marynarkę, spodnie aż poniżej kolan, kazali położyć się na podłodze twarzą do ziemi, rozłożyć ręce i nogi. 4 żołnierzy stanęli mi wtedy na ręce i na nogi, inni zaczęli bić wyciorami i gumową pałką. Bili tak długo, dopóki nie straciłem przytomności, a potem wylali na mnie wodę. Kiedy oprzytomniałem, pytali o „Burłakę” i „Łastiwkę”.
Odpowiedziałem, że takich nie znam. Następnie pytali, czy przechodziły bandy i ilu ich było. Odpowiedziałem, że gdyby nawet przechodziły, to nie można było dowiedzieć się, ilu ich, bo wtedy nie wolno było wychodzić na dwór. Potem położyli mnie znowu na podłodze i bili do nieprzytomności. Po wylaniu na mnie znowu wody pytali dalej o „Burłakę”. „Łastiwkę” i „Starego”. Nazwiska „Starego” nie znają; znają tylko pseudonim. Podali jego opis: wysoki mężczyzna, z wąsami, chodzi z bronią automatyczną, jest prowidnykiem Birczańszczyzny. Powiedziałem, że żadnego „Starego” nie znam. Wtedy zaczęli mówić do mnie łagodnym głosem obiecując puścić do domu, jeśli powiem wszystko o co będą mnie pytać. Kiedy nie zgodziłem się na to, mówiąc że nic nie wiem, położyli mnie znowu na podłogę i bili po raz trzeci, dopóki nie straciłem przytomności. Potem znowu pytali, jaki jest mój pseudonim, gdzie jest broń i banda, do której należałem. Odpowiedziałem, że do żadnej bandy nie należałem, i o niczym nie wiem. Po tych słowach znowu zaczęli mnie bić, tak, że znowu straciłem przytomność. Podczas takiego przesłuchania straciłem przytomność 5 razy.
Po tych pobiciach pytał mnie „dowódca”, gdzie byłem w dniu 3.01.1946 r., gdy w Limnej toczyła się walka. Odpowiedziałem, że byłem wtedy chory, leżałem w łóżku. O liczebności bandy i czyja ona była, powiedziałem, że nie wiem. Po tych słowach żołnierze bili mnie pięściami po twarzy, a potem „dowódca” kazał odprowadzić mnie do piwnicy, mówiąc, że na drugim przesłuchaniu zmusi mnie do powiedzenia całej prawdy. Powyższe przesłuchanie trwało ponad półtora godziny. Po tym przesłuchaniu zabrali mnie do pracy w kuchni, ale ja już nie mogłem pracować. Wieczorem około godziny 20-ej przyszedł do piwnicy wspomniany politruk – Żyd, oraz jeszcze jakichś trzech osobników, których nie rozpoznałem. Politruk przyprowadził ze sobą psa – wilczura i zaczął nas bić; pies ze swojej strony rzucił się na nas. Mnie ugryzł w rękę i pogryzł także innych. Bijąc nas mówił: „To za moją mamę i ojca”. To trwało około pól godziny. Odchodząc powiedział, że będzie przychodził z psem co pół godziny, ale więcej już nie przychodził. Po półgodzinnej przerwie przyszedł porucznik i spytał, komu z nas jest zimno. Gdy któryś powiedział, że zmarzł, zaraz „grzał” go wyciorem.
W dniu 4.03.1946 r. poprowadzili mnie do pracy w kuchni, gdzie pracowaliśmy przez cały dzień. Podczas pracy przychodzili cywilni Polacy i bili nas nie gorzej, niż żołnierze w piwnicy. Tego dnia wieczorem wywołał mnie na korytarz sierżant WP. Był z 15-letnim synem Olgi Wasylkewycz, Polki z Leszczawy Górnej, którą nasi powiesili. Ten chłopiec powiedział, że to ja powiesiłem jego mamę i kopnął mnie kilka razy; sierżant uderzył mnie dwa razy w twarz. Na to nadszedł oficer dyżurny i zabronił mnie bić, zapędzając mnie do piwnicy.
W dniu 5.03.1946 r. wyprowadzili mnie i „Chruszcza”, wyprowadzili przed budynek sztabu rąbać drwa. Nagle wezwali mnie do kancelarii „dowódcy”, gdzie zastałem oprócz niego jeszcze politruka, jego zastępcę i nauczycielkę z Leszczawy Dolnej, Polkę Janeczko, a także milicjanta rodem z Leszczawy Dolnej Karola „od Wilka” (prawdziwego nazwiska nie zna – uwaga śledczego). Kiedy przyszedłem, dowódca spytał milicjanta, czy mnie rozpoznał; ten potwierdził, że tak. Wtedy nauczycielka rozpoznała mnie, czy ja ją poznaję. Kiedy zaprzeczyłem, ona powiedziała, że mnie dobrze zna. Milicjant zaczął mnie pytać, gdzie są moi bracia. Odpowiedziałem, że brat Iwan przepadł gdzieś na froncie, a Stepan zmarł w areszcie w Przemyślu; Mychajło nadal jest w domu.
Nauczycielka powiedziała, że to nie jest prawda, jakoby on był w domu, bo moja chata spłonęła. Przy tym opowiedziała, że moją chatę spalili a rodzinę wystrzelali. (W dniu 2.12.1944 r. milicjanci z Birczy i Wojtkowej rzeczywiście zamordowali jego mamę, żonę w ciąży i poranili lekko brata („Żuk”) – uwaga śledczego). Potem wspomniana nauczycielka pytała, gdzie jest mój szwagier („Bystryj”). Powiedziałem, że nie wiem. Ona zaczęła opowiadać, że kiedy „banda” paliła mosty we wsi Leszczawa Górna, to przy tym byłem ja, mój szwagier, („Bystryj”) (Nazwała go kapitanem) oraz jeszcze jeden, „Ihor”. Ja jej we wszystkim zaprzeczyłem. Następnie mówiła, że ja wydałem banderowcom Polaka Pszeciurę, leśniczego z Leszczawy Górnej. Mówiła, że w tym czasie stała u mnie na podwórzu furmanka, na którą jego zabrano. Ja zaprzeczyłem. Zarzucała mi, że ja brałem udział w uprowadzeniu Susiaka Stanisława, Polaka z Leszczawy Górnej, jeszcze jesienią 1939 r. Ja powiedziałem, że to zrobił Dmytryk Petro, Ukrainiec z Leszczawy Dolnej, który był wtedy komendantem ukraińskiej milicji; on nie żyje, bo został zabity przez Polaków. Na pytanie, dlaczego powiesiłem Olgę Wasylkewycz (kochankę Zarańskiego, komendanta MO w Wojtkowej – uwaga śledczego), powiedziałem, że w tym czasie byłem w domu. Kiedy jeszcze raz zaczęła pytać o mojego szwagra „Bystrego”, „dowódca” zainteresował się, kto to taki. Wtedy ona opowiedziała, że on jest przy banderowcach zastępcą prokuratora. Mówiła dalej, że w Kuźminie za Niemców Stebelski był nauczycielem, potem był wójtem gminy, a teraz jest prokuratorem w bandzie. Teraz jest ranny w rękę i leczy się w przysiółku w Kuźminie; mój szwagier teraz go zastępuje. Kiedy zaprzeczyłem jej zeznaniom, „dowódca” pożegnał się z nauczycielką i milicjantem, i oni odeszli.
„Dowódca” wezwał wtedy „Szpaka”, byłego strzelca sotni „Jara”, który zdezerterował do Birczy. Kiedy „Szpak” przyszedł, „dowódca” spytał go, czy mnie zna. Ten odpowiedział, że widział mnie we wsi Limna podczas kwaterowania oddziału „Jara”; drugi raz widział mnie podczas kwaterowania pododdziału „Sirka”, który dał mi broń do przechowania, a za jakiś czas ją zabierał. Stwierdził, że ja dysponuje bronią, a „Mucha” jest referentem żywnościowym. „Dowódca” spytał „Szpaka”, czy zna „Muchę”. Ten odpowiedział, że „Mucha” pochodzi ze wsi Limna. Także mnie zapytał, czy znam „Muchę”; odpowiedziałem że znam. Następnie pytał mnie, czy współpracuję z „Muchą” oraz czy zbierałem żywność dla „bandy”. Wtedy odpowiedziałem, że kiedy „banda” przyjdzie do wsi, to za żywnością wysyła nie kogoś jednego, ale kogo tylko spotka. Później „dowódca” zwrócił się do mnie i powiedział, że pojadę razem z wojskiem i pokażę bunkry ze zbożem i bronią. Po tym przesłuchaniu znowu odprowadzono mnie do pracy, a potem do piwnicy.
Następnego dnia rano o godzinie 3-ej zabrali mnie do kancelarii sztabu, gdzie zastałem „dowódcę”, jego zastępcę, politruka i 2-ch poruczników WP. W kancelarii powiedziano mi, że dzisiaj jadę do wsi Limna razem z nimi, żeby pokazać bunkry ze zbożem, bronią i chatę „Muchy”.
Odmawiałem, że nie pójdę, ponieważ trzewiki, które mi dano zabrawszy moje buty całkiem się podarły. To jednak nic nie pomogło. Poprowadzono mnie w kierunku wsi Limna. Po drodze nic mi nie robiono, i doszliśmy pod wieś Limna. Było widać, że wiedzieli o chacie „Muchy”, bo zatrzymali się koło niej, a mnie tylko spytali, czy to ta. Przytaknąłem. Potem dwaj żołnierze odprowadzili mnie na bok w kierunku potoku, żeby nie było mnie widać z chaty, a reszta żołnierzy biegiem otoczyła chatę. Po 5-u minutach poprowadzili mnie za stodołę „Muchy”gdzie już stał porucznik. Do niego przyszedł sierżant i powiedział; „Nie ma, panie poruczniku”. Porucznik powiedział: „Idź tam, musi być w końcu”. Ten ponownie wszedł do chaty i po 5-u minutach wyszedł i powiedział do mnie: „Ty mówisz, że banda nie przychodzi, a wczoraj kwaterowała tutaj banda w sile 300 ludzi przez noc i dzień.” (Wtedy faktycznie kwaterowała we wsi sotnia B. i Ł.)
Potem pytał mnie sierżant, kto to taki ten z przewiązaną głową. Powiedziałem, że to Polak ze wsi Grąziowa, który mieszka we wsi Limna; nazywa się Józko. Podczas naskoku Polaków na chatę „Muchy” w chacie była mama i żona „Muchy”; jego samego nie było w domu. Oprócz nich byli tam jeszcze „Chruszcza” mama, żona, brat i siostra. Do tej chaty weszli wszyscy, którzy byli na podwórzu, oprócz dwóch kaprali, którzy pozostali ze mną na podwórzu. Po jakichś 20-u minutach wszyscy wyszli z chaty. Jeden z kaprali, którzy nas pilnowali, spytał porucznika, czy znaleźli „Muchę”. Ten odpowiedział, że go nie znaleźli, natomiast znaleźli w kryjówce „popa” i harmonię. Pomiędzy wychodzącymi z chaty żołnierzami zobaczyłem ojca Hamiwkę, kapłana ze wsi Limna. Teraz porucznik kazał zaprowadzić się do kryjówki, która znajdowała się w krzakach nad potokiem. Zaprowadziłem ich tam. Razem z nami poprowadzili tutaj także ojca Hamiwkę. Kiedy przyszliśmy na miejsce, pokazałem wejście do kryjówki, do której wlazł sam porucznik.
Wyniósł stamtąd 1 MG, 1 PPSZ (własność „Stawura” – uwaga śledczego), 3 karabiny (mauzer i dwa rosyjskie długie). Oprócz tego porucznik powiedział, że w kryjówce jest fasola, którą żołnierze chcieli zabrać, ale pod ręką nie było furmanki. Porucznik obiecał zabrać ją drugim razem. Wejście do kryjówki oni zamaskowali sami. MG, który znaleziono w kryjówce, niósł do samej Birczy ojciec Hamiwka. Ja wtedy niosłem dwa karabiny. Po zamaskowaniu kryjówki i wystrzeleniu rakiety dołączyła do nas druga grupa i wszyscy ruszyliśmy w kierunku Birczy.
Po drodze pytali mnie, czy ojciec Hamiwka mieszkał we wsi Limna oraz czy należał do bandy. Powiedziałem, że stale mieszkał we wsi i do bandy nie należał. Pytali mnie również o syna ojca Hamiwki. Powiedziałem, że nie wiem, gdzie on teraz się znajduje, bo nie widziałem go od wiosny 1945 r. Podczas dalszej drogi o nic mnie nie pytali. W Birczy aresztowanie ojca Hamiwki wywołało całą sensację. Ludzie biegli za nim całymi tłumami. Po przyjściu do Birczy natychmiast wsadzono mnie do piwnicy. Dokąd zaprowadzono ojca Hamiwkę – nie wiem. Po godzinie czasu „Chruszcz” powiedział mi, że widział przez odłupane drzwi, jak ojca Hamiwkę wsadzono do wojskowego auta ciężarowego i powieziono w kierunku Przemyśla. Na pytanie „Chruszcza”, gdzie byłem tak długo, odpowiedziałem, że byłem we wsi Limna oraz opowiedziałem, w jaki sposób aresztowano ojca Hamiwke.
Po obiedzie zaprowadzili mnie do sztabu do rąbania drew. Przed samym wieczorem poskarżyłem się przechodzącemu „dowódcy”, że spuchły mi nogi. On kazał nie dawać mnie więcej do piwnicy, tylko do sztabu na pierwsze piętro, gdzie kwaterowało 11 Polaków. Tam przebywałem do następnego dnia do godziny 13-ej a potem zabrali mnie znowu do piwnicy. Ci żołnierze mnie nie bili, tylko drwili nazywając mnie banderowcem i magazynierem. Do dnia 13.03.1946 r. na śledztwo mnie nie wzywali ani nie bili. Przez ten czas rąbałem drwa dla kuchni, nosiłem wodę, robiłem porządki i jeździłem z wojskiem do tartaku po drewno.
Dnia 15.03.1946 r. z Przemyśla do Birczy przyjechał śledczy. Natychmiast mnie zaprowadzono do kancelarii śledczej, która sąsiadowała z kancelarią „dowódcy”. W tej kancelarii zastałem śledczego, a po krótkim czasie przyszło jeszcze dwóch poruczników. Śledczy zapytał mnie, czy będę mówił prawdę. Odpowiedziałem, że będę mówił całą prawdę i wszystko, co tylko wiem. Pytał mnie, czy byłem w lesie i czy należałem do bandy, gdzie mnie schwytano, czy broń, którą znaleziono, była moją własnością. Odpowiedziałem, że w lesie nie byłem, do „bandy” nie należałem, broń, którą znaleziono w kryjówce, była własnością „Jara”, którą pod przymusem dał mi do przechowania; nic więcej o bunkrach nie wiem. Mówiłem dalej, że żywność zbierałem tylko pod przymusem wtedy, gdy „banda” kwaterowała we wsi. Spisanych zeznań mi nie przeczytał, tylko kazał mi je podpisać. Podpisałem je. To przesłuchanie trwało około 45 minut i nikt mnie wtedy nie bił. Po przesłuchaniu zaprowadzili mnie znowu do pracy w kuchni, gdzie pracowałem często aż do 27.03.1946 r. Tego dnia przyjechał z Przemyśla rosyjski kapitan. Spotkawszy się na podwórzu z politrukiem pokazując na nas spytał, co z nas za ludzie. Ten odpowiedział, że to banderowcy. Kapitan zapytał nas, czy jesteśmy z bandy Szczygielskiego, czy „Kruka”. Odpowiedzieliśmy, że nie znamy takich. Politruk pokazując na mnie i na „Chruszcza” palcem powiedział: „Ci dwaj to prawdziwi banderowcy”.
Tego samego dnia w nocy wezwano „Chruszcza” do kancelarii sztabu. Po jakimś czasie wezwano tam również mnie. Kiedy przyszedłem do kancelarii, „Chruszcza” już tam nie było. Zastałem tam kapitana, „dowódcę”, jego zastępcę, i wspomnianego dezertera „Szpaka”. Kapitan zaczął mnie pytać o mojego brata Mychajła, a konkretnie: czy miał broń, i czy należał do bandy. Dałem na to odpowiedź zaprzeczającą. Podczas tego przesłuchania dowódca kazał „Szpakowi” wyjść. Po tym przesłuchaniu zaprowadzili mnie do piwnicy i na przesłuchania nie wzywali aż do 30.03.1946 r. Tego dnia po obiedzie mnie, „Chruszcza”, mojego brata Mychajła i Hnata Iwana zaprowadzili do kancelarii sztabu. Tam zwrócono nam mniej wartościowe rzeczy, które zabrano nam podczas aresztowania. Podsłuchałem, że „dowódca” mówił do swojego zastępcy, że nas trzeba odesłać do UBP [Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego] w Przemyślu, a tam niechaj sobie robią, co chcą. Także i nam powiedzieli, że jedziemy do Przemyśla. Wsadzili nas na wojskowe auto ciężarowe i pod konwojem 10-ciu żołnierzy odwieźli do Przemyśla. Przejechawszy przez Przemyśl przyjechaliśmy do Pikulic (koło Przemyśla) i tam umieścili nas w areszcie wojskowym. Tutaj żadnych przesłuchań z nami nie przeprowadzali. Do dnia 2.04.1946 r. prowadzili nas do pracy w mieście, gdzie kopaliśmy grządki, sadziliśmy kwiaty i robiliśmy porządki.
Dnia 2.04.1946 r. po obiedzie, który składał się z bardzo rzadkiej zupy i kawałka chleba, zaprowadzono nas czterech wymienionych do Przemyśla. Tam zaprowadzono nas do sztabu dywizji, który mieścił się przy ulicy Mickiewicza (numeru sobie nie przypomina – uwaga śledczego). W kancelarii sztabu zastaliśmy oficera w randze porucznika, który pytał o nasze nazwiska, miejsca zamieszkania i pseudonimy. Podaliśmy mu nasze dokładne adresy i powiedzieliśmy, że żadnych pseudonimów nie mieliśmy. Po tym krótkim przesłuchaniu kazał nas zaprowadzić na Zasanie do 28-go pułku. Następnego dnia, to jest 3.04.1946 r., około godziny 10-ej, zabrali nas i poprowadzili znowu do sztabu dywizji. W tym sztabie kazali nam myć podłogi w dwóch pokojach. Podczas mycia podłóg nadszedł kapitan sowiecki i o czymś szeptem rozmawiał z jednym porucznikiem. Następnie pojedynczo wzywano nas do kancelarii sztabu.
Pierwszego wezwano mojego brata Mychajła, potem Hnata Iwana, mnie, a na koniec „Chruszcza”.
Kiedy przyszedłem do kancelarii zastałem porucznika, który zaczął spisywać moje personalia. Po zakończeniu tej pracy kazał mi się podpisać. Podpisałem się. Potem spytał mnie, co będę robić, kiedy puszczą mnie na wolność, czy pójdę do lasu. Powiedziałem, że do lasu nie pójdę, bo mam żonę i będę pracował w gospodarstwie jak dotychczas. On wtedy zaproponował mi współpracę z nimi i donoszenie o każdym ruchu „bandy”. Miałem namawiać chłopców, żeby wracali z lasu do domu. Gdy zgodziłem się na jego propozycję, dał mi pseudonim „Don”. O ruchach band kazał donosić do tego samego budynku pod numer „II – oddział”. Jeżeli będę dobrze pracował, obiecał, że po pewnym czasie wyrobi mi dokumenty, że będę mógł wszędzie spokojnie chodzić. Jeśli nie będę donosić, to on napisze do „naszej bandy”, że ja zgodziłem się z nimi współpracować, wtedy ona mnie zniszczy. Na koniec powiedział do wszystkich, że kiedy trafimy tutaj drugi raz, to nas szlag trafi. Na koniec powiedział, że jestem wolny i mogę iść do domu.
Wyszliśmy z Przemyśla tego samego dnia o godzinie 12-ej przez Kruhel, Brylince, Tysową, Trójcę i o godzinie 22-ej przyszliśmy do Limnej. Akurat umyliśmy się i zjedliśmy kolację, gdy nadeszli strzelcy, którzy zaprowadzili nas tutaj.
Przesłuchał:
„Kłym”.
 

środa, 12 listopada 2025

Materiały źródłowe


IPN BU 1554, t. 48, k. 32-35

Dnia 27.02.1946 r.
Sprawa nr 33/46,
Melnyk Iwan „As”.
Członek Polowej Żandarmerii III-go rejonu
aresztowany przez MO
W Przemyślu.
PROTOKÓŁ
Personalia
Melnyk Iwan ur. 1916 r. we wsi Malawa, powiat Przemyśl, grekokatolik, Ukrainiec, 4 klasy szkoły powszechnej, rolnik, od 15.04.1945 r. członek SKW, od 7.??.1945 r. członek PŻ w III-im rejonie.
Sprawa:
Melnyk Iwan pseudonim „As”, członek SKW i rejonowej PŻ, podczas akcji przesiedleńczej na terenie III-go rejonu samowolnie pozostawił broń, wyjechał razem z przesiedleńcami wsi Malawa na Ukrainę, nie powiadomiwszy o tym czynników organizacyjnych, oraz swoich zwierzchników. Będąc za granicą we wsi Mościska pojechał na forszpan z przesiedleńcami – Polakami, których bolszewicy przesiedlali z okolic Mościsk. Kiedy przyjechał do Przemyśla, rozpoznali go milicjanci z MO Bircza, który w tym czasie byli w Przemyślu i aresztowali go. Aresztowanego przekazali do powiatowej MO w Przemyślu, podając na niego dokładne materiały, co robił będąc na terenie Bircza.
Zeznania:
Akcja przesiedleńcza wsi Malawa powiat Przemyśl rozpoczęła się 5.10.1945 r. Wtedy byłem w PŻ. Moja rodzina razem z ludźmi – przesiedleńcami wyjechała do miasta Bircza. Siostra cioteczna ze wsi Łodzinka przyszła do wsi Lipa, gdzie spotkała się ze mną. Mówiła mi, że była w Birczy i że widziała się z moimi rodzicami, którzy wysłali ją z prośbą, abym ja dołączył do rodziny i razem z nimi wyjechał na Ukrainę. Postanowiłem zrobić to, a pomogła mi w tym moja siostra cioteczna. Z tą myślą, że chcę jechać do USRR, podzieliłem się z moimi przyjaciółmi „Ihor” i „Ryś”. Powiedzieli mi, abym robił tak, jak uważam. Swoje wyposażenie i broń oddałem „Rysiowi” i „Iżowi”, a sam tego dnia udałem się do wsi Łodzina, gdzie miałem czekać na rodzinę, mającą przejeżdżać przez tę wioskę z przesiedleńcami. Do Birczy nie chciałem iść, aby mnie nie aresztowała polska milicja. We wsi Łodzina czekałem na rodzinę przez trzy dni. Przez te dni transport naszej wsi nie przejeżdżał. W tym czasie WP zaczęło przesiedlać wieś Łodzinkę i ja udałem się z wysiedleńcami wsi Łodzinka do Posady Rybotyckiej. Wieś Łodzinka zaraz na drugi dzień wyjechała za granicę. Pozostałem w Rybotyczach aby czekać na swoja wieś, która miała tutaj przejeżdżać. Za dwa dni przejeżdżał transport naszej wsi i ja do niego dołączyłem.
Od ludzi dowiedziałem się, że moja rodzina została zawrócona do wsi Malawa ze względu na to, że byli starzy. Wtedy również ja postanowiłem wrócić, jednak nie miałem takiej możliwości, bo pilnowało nas wojsko. Tego dnia WP wypędzało ludzi z Posady Rybotyckiej na wyjazd i tego samego dnia wyjechaliśmy do wsi Wijśko, które było już za granicą. Transport wsi Malawa, w którym byłem, był konwojowany przez 80 żołnierzy WP. W tym czasie zachowywali się dosyć życzliwie. Za granicą we wsi Wijśko transport przejęła komisja bolszewicka licząca sześć osób z lejtnantem na czele, który był przewodniczącym tej komisji. Bolszewicy na granicy sprawdzali nasze dokumenty i zaświadczenia wydane każdemu przesiedleńcowi. Po sprawdzeniu puszczali za granicę. Rewizji na wozach nie robili. Przeszedłem tak jak pozostali, ponieważ byłem zapisany na liście przesiedleńczej razem z moim bratem Osypem ur. 1913 r., który wyjechał razem z rodziną. Cały transport po sprawdzeniu zakwaterował pod gołym niebem niebem we wsi Wijśko. Bolszewicy nie wpuszczali przesiedleńców do chat. Ludzie żywili się swoimi zapasami zabranymi ze sobą. Następnego dnia transport wyjechał do wsi Niżankowice na stację, na której już wcześniej były wioski: Limna, Cisowa i inne. Tutaj byli rozmieszczeni w obozach na łąkach koło stacji. Przy wysiedleńcach nie było żadnej straży, i tam czekaliśmy cały tydzień na pociąg. W tym czasie dołączyli do nas wysiedleńcy z wsi: Trójca, Jamna, Łodzinka, Brzeżawa, Żohatyn i Piątkowa. Dla wysiedleńców przeznaczono 10 wagonów. Odjeżdżali ci przesiedleńcy, którzy wcześniej przyjechali, inni dawali naczelnikowi transportu mało i wódkę, aby szybciej móc wyjechać. Za paszą dla bydła ludzie chodzili po 10 kilometrów. Widząc, że tu trzeba długo czekać na transport, poszliśmy do naczelnika, daliśmy jeden litr wódki, żeby przepisał na papierach na obwód drohobycki. Naczelnik tak zrobił, i kto był przeznaczony do wspomnianego obwodu mógł od razu jechać. Naczelnik przepisał mojego brata Osypa, mnie i Romana Hułyk. Natychmiast wyjechaliśmy w okolice Mościsk, do wsi Łypnyky, gdzie mieszkał mój szwagier Kostećkyj Petro rodem z naszej miejscowości. Zastałem tylko siostrę, bo szwagra bolszewicy aresztowali w 1944 r. We wspomnianej wsi mieszkało 45% Polaków. Zanim upłynął miesiąc mojego pobytu w tej wsi bolszewicy zaczęli wysiedlać Polaków. Wtedy przewodniczący rady wiejskiej wyznaczył mnie na forszpan z przesiedleńcami Polakami. Wiozłem jedną Polkę do Przemyśla. Jechał ze mną wtedy jeszcze jeden gospodarz ze wsi Łypnyky. Pojechałem na forszpan dlatego, że chciałem dostać się z powrotem w swoje strony, a także dlatego że dowiedziałem się od miejscowych ludzi, że NKWD zaczyna interesować się przesiedleńcami.
Kiedy przyjechałem do Przemyśla, poszedłem do swojego wujka Melnyka Iwana, który mieszka na ul. Rzecznej nr 21. U wujka przenocowałem jedną noc. Na drugi dzień rano poszedłem do znajomych ze wsi Malawa, którzy mieszkali w Przemyślu. Idąc drogą spotkałem na ulicy Słowackiego znajomą Polkę, która wiosną 1945 r. uciekła przed banderowcami, która mnie rozpoznała. Szła z nią jeszcze jedna Polka ze wsi Lipa, Sofija Bogacz, która także uciekła przed banderowcami. Wtedy zapytałem wspomniane o ich rodziny, które pozostały we wsi Malawa. Dowiedziałem się od nich, że Polacy postrzelali moich rodziców. (Po drugiej naszej akcji na Birczę WP postrzelało rodziców „Asa” – uwaga śledczego). W czasie rozmowy nie zwróciłem uwagi, że zauważył mnie Kopczak Wołodymyr, Polak ze wsi Bryżawa, będący milicjantem w mieście Bircza. Wspomniany Kopczak wskazał mnie jakimś dwóm osobnikom, ubranym po cywilnemu, którzy zaczęli iść w moim kierunku. Pożegnałem się ze znajomymi Polkami i poszedłem w kierunku przeciwnym.
Odległość pomiędzy mną a dwoma osobnikami wynosiła 30-40 metrów, oni przyśpieszyli kroku i dopędzili mnie. Gdy mnie zatrzymali, zażądali ode mnie dokumentów. Nie miałem przy sobie żądnych dokumentów, oprócz zaświadczenia wydanego przez komisję wysiedleńczą. Po obejrzeniu tego zaświadczenia zabrali mnie. Jeden z nich wyciągnął z kieszeni pistolet, kazał mi iść przed siebie aż na policję. Było to około godziny 11-ej. Zaprowadzili mnie na policję przy ulicy Dworskiego i przekazali komendantowi policji. Jeden z nich powiedział do komendanta „przyprowadziliśmy banderowca”. Komendant kazał zrobić u mnie rewizję, ściągnęli mi pas, i zamknęli mnie do więzienia, mieszczącego się w piwnicach pod policją. Siedziałem tutaj dwie doby. Ze mną siedzieli jeszcze dwaj Polacy; jeden z Przemyśla, drugi z Mościsk. Po dwóch dobach wieczorem wywołał mnie klucznik i zaprowadził na dyżurkę, w której było 10 milicjantów, między nimi rozpoznałem Grodeckiego, zwanego Siwy, ze wsi Lipa, który powiedział do mnie: „już się nasłużyłeś przy SB?, to ty byłeś wspólnikiem przy mordowaniu moich rodziców”. Odpowiedziałem na to, że nie byłem w żadnym SB i nie mordowałem jego rodziców, oraz wypierałem się, że niczego nie wiem i nic nie widziałem. Grodecki wtedy powiedział: „on skurwysyn odebrał mojej matce masło na drodze, gdy szła do mnie”. Powiedziałem, że to nie prawda, pomimo tego, że to jednak była prawda. Grodecki pytał mnie, gdzie jest mój kolega Kaczmarski Emil, który także jest w SB. Odpowiedziałem, że nie wiem, gdzie on jest. W czasie rozmowy z Grodeckim on uderzył mnie dwa razy w twarz.

Komendant wyciągnął papier, spisał krótko personalia, przebieg mojego życia; kim jestem, skąd jestem, co robiłem dotychczas, i skąd się tu wziąłem. Pytał mnie przez 20 minut i kazał klucznikowi mnie zabrać. Gdy klucznik mnie prowadził, na korytarzu czekał na mnie Grodecki z milicjantami, którzy zaczęli mnie bić, bili przez dwie minuty, gdzie popadło. Klucznik zaprowadził mnie w to samo miejsce, gdzie siedziałem. Następnego dnia rano wspomniany klucznik zabrał mnie do zamiatania korytarza i noszenia wody, przy tym pracowałem jedną godzinę. Kiedy szedłem po wodę, na korytarzu stali milicjanci i bili mnie kolbami karabinów. Po skończeniu pracy dali mi w piwnicy jeść. Tego samego dnia koło południa przyszedł do piwnicy klucznik z jakimś dobrze ubranym cywilem, trzymającym w ręku pistolet. On zabrał mnie na drugie piętro, do pokoju, gdzie już siedział jakiś mężczyzna w cywilnym ubraniu. Tutaj spisali moje personalia i krótki życiorys. Pytali mnie, czy byłem u banderowców, odpowiedziałem, że nie. W tym czasie jeden z nich uderzył mnie w twarz. Po 15-minutowym przesłuchaniu drugi cywil odprowadził mnie z powrotem do piwnicy. Na drugi dzień około godziny 8-ej zabrał mnie klucznik do dyżurki, gdzie już był jakiś żołnierz, który mnie natychmiast zakuł w kajdanki. Klucznik powiedział temu żołnierzowi, wręczając mu jakąś opieczętowaną kopertę, żeby mnie i ten list oddał w UBP w Przemyślu.
Wspomniany żołnierz wziął mnie przed siebie i zaprowadził za San na ulicę Krasińskiego nr 6. Koło bramy UBP stał wartownik z PPSZ, który otworzył bramę i weszliśmy do dyżurki, gdzie mnie zaraz rozkuł. W dyżurce siedziałem może pół godziny. Byli tam jeszcze dwaj Polacy ze wsi Koryńce, a mianowicie Furmański Jan i Kaczmar Marek. Ten żołnierz, który mnie przyprowadził, wyszedł. Za pół godziny nadszedł śledczy, którego wołali „Czarny”, dyżurny zameldował, że mnie przyprowadziła milicja z ulicy Dworskiego. Przekazał wszystkie moje papiery Czarnemu, który zaprowadził mnie do innego pokoju i kazał usiąść na krześle koło drzwi. Sam przeglądał papiery które mu przekazali. Zaświadczenie wydane mi przez komisję wysiedleńczą zaraz spalił. Przeglądając papiery widziałem zapisane na mój temat 5 kartek. Pytał mnie, gdzie zostałem zatrzymany. Odpowiedziałem, że w Przemyślu, gdy przyjechałem z Mościsk jako furman. Później pytał, czy byłem przy banderowcach. Odpowiedziałem, że nie. Ten dalej mi mówił, że byłem przy banderowcach, popełniłem morderstwo i odebrałem polskiej kobiecie masło. Wspomnianemu znowu zaprzeczyłem. Wspomniany cywil wyciągnął kartkę, na której coś pisał, po minucie wezwał żołnierza i kazał mnie zabrać. Żołnierz ten zrobił mi rewizję osobistą i odprowadził mnie do piwnicy. Ta piwnica została zbudowana na wzór więzienia i mieściła się pod tym samym budynkiem. Siedziałem w celi nr 4, gdzie już tam był jeden Polak z Żurawicy i drugi Polak z Koniuszy Guła.
Tego samego dnia przyprowadzono do tej samej celi Ukraińca fryzjera Melnyka Myrona z Przemyśla, a potem jeszcze dwóch Polaków, z którymi byłem w dyżurce. Melnyk Myron został aresztowany za nielegalne posiadanie radia. Polacy za przynależność do AK. Guła z Koniuszy za przekroczenie granicy polsko-radzieckiej.
Wyżywienie w UBP było następujące: 30 dkg chleba i pół litra kawy to było śniadanie, obiad pół litra zupy z kaszą i na kolację także zupa. W tej celi siedziałem prawie dwa miesiące i przez cały ten czas nikt mnie nie wzywał na śledztwo. W międzyczasie z mojej celi zabrano tych, co byli ze mną, dali dwóch Polaków z Przemyśla, Miłeckiego i Gana Ludwika za przynależność do AK. W międzyczasie zaczęli nas przesłuchiwać. Polaków dali do ogrzewanych cel, a mnie dali do celi nr 7, gdzie siedzieli sami Ukraińcy: ksiądz z Grąziowej, Koljasa Roman z Jarosławszczyzny oraz Fedak Iwan z Pawłokomy. Wszyscy aresztowani Ukraińcy siedzieli za przynależność do banderowców.
W tej celi siedziałem prawie dwa tygodnie. W tym czasie jeden raz wzywali księdza z Grąziowej na przesłuchanie. Po tygodniu czasu pod siódemką wezwano mnie na śledztwo do tego samego śledczego „Czarnego”, z którym był jeszcze jeden cywil. Czarny zaczął mnie pytać o moją działalność gdy byłem przy banderowcach. Odpowiedziałem, że żadnych banderowców nie znam, i że z nimi nie pracowałem. Śledczy zaczął się na mnie złościć i powiedział, że przedstawi mi świadków, którzy widzieli mnie z karabinem. Odpowiedziałem, że miałem karabin po to, aby się obronić przed bandą. On zapytał, przed jaką bandą? Odpowiedziałem, że w naszych okolicach było wiele wypadków napadu ze strony takich band, które napadły na Pawłokomę, Berezkę i inne. Śledczy pytał, ile było karabinów we wsi Malawa do obrony przed bandami? Odpowiedziałem, że jeden. Pytał, czy we wsi trzymaliśmy warty i kto je pełnił? Podałem następujące osoby: Baczyk Iwan, Wujczyk Iwan, Wujczyk Semen i Baczyk Wołodymyr. Podałem również takich, których we wsi nie ma albo umarli. Na pytanie, kto był komendantem, powiedziałem, że Baczyk Iwan (zmarł).
W międzyczasie śledczy zajrzał do akt i zapytał, kto to jest Ihor. Odpowiedziałem, że nie wiem. Ten mi powiedział, że kłamię i zaczął mnie bić rękojeścią pistoletu w bok. O Ihora pytali mnie prawie jedną godzinę, ja wciąż mówiłem, że takiego nie widziałem i nie znam. Pytał, kto szkolił chłopców we wsi Malawa? Odpowiedziałem, że mnie nie było, byłem w CZA. Śledczy wtedy powiedział, że będę mówił dopiero w sądzie. Po czym zaczął dłuższy czas pisać. Skończywszy pisać przeczytał mi i kazał podpisać. Było tam napisane to wszystko, o co mnie pytali, a ja zaprzeczałem. Nie chciałem podpisać, więc śledczy położył mnie na krzesło, zaczął bić, i pytał, dlaczego nie chcę podpisać. Chociaż protokół nie był zgodny z moimi zeznaniami, jednak musiałem go podpisać.
Po tym przesłuchaniu nie wzywali mnie na przesłuchanie więcej niż jeden tydzień. Po tygodniu czasu pod eskortą zaczęli mnie brać do pracy do magazynu drew i węgla, który był na tym podwórzu. Przez cały czas nosiłem się z myślą aby uciec.
Pewnego dnia wezwali nas wszystkich pięciu z celi do dyżurki, to było 29.01.1946 r. W dyżurce był jeden wojskowy, który rozdzielał, gdzie kto ma iść do pracy. Mnie wyznaczono do rąbania drew na więziennym podwórzu, w magazynie. Dyżurny przekazał mnie wojskowemu na tylnym podwórzu więzienia od strony toru kolejowego. Wartownik przejmujący mnie zaprowadził do magazynu (garaż), gdzie był na kupie węgiel i drewno, tutaj kazał mi rąbać drwa, podając mi siekierę. Z boku stała 10-tonowa waga z odważnikami. Wartownik pochyliwszy się zaczął kłaść odważniki na wagę, żeby zważyć się. Wykorzystałem moment, kiedy wartownik był schylony i nie miał mnie pod obserwacją. Uderzyłem go siekiera w głowę, kiedy ten padł nieprzytomny koło wagi, zacząłem uciekać w kierunku tylnej bramy przez podwórze od strony toru kolejowego. Przebiegłem w tym kierunku może sto metrów, kiedy usłyszałem za sobą na podwórzu więzienia krzyk. Oglądnąłem się, nikt za mną nie biegł, skręciłem w pole poza Winną Górę, gdzie zaszedłem w krzaki i przesiedziałem do wieczora. Te krzaki były oddalone od więzienia około trzech kilometrów.
Wieczorem poza Winną Górą przeszedłem do wsi Ostrów koło Przemyśla. Tutaj zobaczyłem chatę, zastukałem i wszedłem do środka. W chacie było dwoje starych ludzi. Kobieta podała mi mleko i chleb, i po trzy-godzinnym odpoczynku udałem się do wsi Brylińce. We wsi Brylińce spotkałem druha „Stepowego”, któremu opowiedziałem swoje przygody, a ten skierował mnie do prowidnyka O-a, który przesłuchał mnie i kazał iść do domu. Lasami przeszedłem do wsi Limna, a stamtąd potem do Malawy.
Po drodze nikt mnie nie spotkał. Do Malawy przybyłem tej samej nocy. Stąd miałem sam zgłosić się do SB, jednak chłopcy spotkali mnie i doprowadzili do was.
Na tym protokół zakończono.
Przesłuchał”
„Kłym”.